Wspomnienie o zamordowanym antyfaszyście.

Takie rzeczy się zdarzają. Szykował się do snu, kiedy nagle zadzwonił telefon. Nie było w tym nic dziwnego, rzeczy takie jak ta były normalnością. Przygotował się do wyjścia. Wziął ze sobą wszystko, czego mógłby potrzebować: pistolet, nóż, ciężko zarobione pieniądze. Właśnie wychodził, kiedy zobaczył swoją matkę biorącą lekarstwo na serce. Ona pewnie wie.

Słyszała jak rozmawiał przez telefon..O 3 rano jechał już swoim skuterem do centrum miasta, żeby ocalić te wszystkie dzieciaki od kolejnej sytuacji bez wyjścia. Zdawał sobie sprawę, że mogli zginąć lub iść do więzienia, jeśli nic nie zrobi. Zawsze to samo. Zawsze pomagał ludziom. Był pierwszy do pomocy, jeśli były jakieś kłopoty. Zawsze podnosił nas na duchu, chronił nas przed nieuczciwymi działaniami policji, wynajmował prawników, przemycał, co było potrzebne ludziom w więzieniach. Nigdy nie zostawił nikogo w kłopotach. Takie właśnie było jego życie. Innego nie miał. Całe życie spędził w biedzie, w marnym mieszkaniu, które dzielił z matką i rodziną siostry. Nie obawiał się podejmować pracy, których nikt innych nie chciał wykonywać. W ten sposób całe życie, dzień po dniu, przepracował w hurtowniach, fabrykach.Nie miał nic na tym świecie poza rodziną i przyjaciółmi. I dobrze o tym wiedział, dlatego oddał im się z bezinteresownie i bezwarunkowo. Żył ich wzlotami i upadkami, powodzeniami i nieszczęściami. Nieczęsto dziś spotyka się ludzi takich jak on.

Tego dnia, jak zwykle przybył z pomocą. Ale wszystko się już skończyło. Został aresztowany przez policję, która przybyła nie po to, by pomoc, ale po to, by aresztować. Tego dnia on był jedyną aresztowaną osobą. Zawsze był pierwszym, który podejmował walkę i ostatnim, który pozostawał na polu walki. Wydawało się, że nie ma w nim żadnego egoizmu, że nigdy nie myślał ani nie działał z myślą o sobie. Inaczej nie potrafił żyć. Jego matka powiedziała kiedyś: „Kiedy miał tylko cztery lata patrzyłam na niego i nagle poczułam wielki smutek i żal na myśl o czekającym go życiu pełnym bólu i cierpienia”. Jego życie było niekończącą się walką, z którą wiązała się nierozłącznie duża dawka cierpienia.

I tak też zginął, straszną śmiercią, cierpiąc do ostatniego oddechu. Żadna z zadanych mu ran nie była śmiertelna. Ich chory plan zakładał, żeby jak najdłużej utrzymywać go przy życiu, tak żeby był świadom i do końca odczuwał cierpienie. Jego szyja, twarz, ręce i nogi, tors, całe ciało było pokryte ranami. Ale do samego końca był świadomy. Cierpiał nieludzki ból i krzyczał o pomoc, ale przybyła zbyt późno. Jego matka, siostra i wszyscy sąsiedzi nie byli w stanie pomoc mu w walce o życie. Ambulans przybył po 35 minutach, za późno.

Jeśli istnieje niebo, to jego ostatnie minuty były piekłem. On nie był świętym. Być może sprawił ból i cierpienie innym ludziom, ale dla nas miał tylko współczucie i zawsze mogliśmy liczyć na jego wsparcie. I tak zostanie zapamiętany, jako człowiek pewien współczucia, lojalności i uczciwości. Czy my kiedykolwiek będziemy wstanie znaleźć dla niego tyle współczucia, ile on znalazł dla nas? Jeszcze tego nie wiem. Tylko czas zna odpowiedź. Błogosławieni niech będą cierpiący, bowiem cierpienie ich dojdzie do końca. Błogosławieni, błogosławieni.