Nacjonalizm dotyka nas każdego dnia, na każdym kroku. Nie mam tu na myśli maszerujących, agresywnych młodzieńców. Chodzi raczej o nacjonalizm w swej zbanalizowanej, uproszczonej i łatwo przyswajalnej formie. Taki „zimny” nacjonalizm, pewnie nawet trudno utożsamiać z tym, co rozumiemy pod pojęciem nacjonalizmu. Kto wie, może powinienem pisać słowo „nacjonalizm” w cudzysłowie.

Poniższe rozważania wynikają z lektury książki Michaela Billinga „Banalny nacjonalizm”. Autor to angielski psycholog, socjolog i profesor nauk społecznych. Ha! Odruchowo napisałem „angielski”. Billing miał rację, niezwykle trudno jest nam sobie wyobrazić świat bez państw narodowych. Umiemy myśleć tylko w takich kategoriach.

Billing dzieli nacjonalizm na „zimny” i „gorący”. „Gorący” to taki, który bazuje na nienawiści, prowadzi do przemocy, a w skrajnych przypadkach do eksterminacji. Nacjonalizm „zimny” natomiast to takie zjawisko, którego na co dzień nie dostrzegamy, nie zastanawiamy się nad nim, przyswajamy je bez słowa protestu.

„Zimny” nacjonalizm, określany też mianem nacjonalizmu banalnego, kryje się w wizerunku orzełka na monecie, we fladze powiewającej przy państwowym urzędzie, na sportowych uniformach. Nieustannie podsuwa się nam pod nos symbole i sformułowania, które nie pozwalają nam zapomnieć o tym, że jesteśmy częścią konkretnego narodu.

Banalny nacjonalizm to nauka historii i języka polskiego. W szkołach uczymy się o bohaterskich Polakach walczących z zaborcami, okupantami, zdrajcami. Nie twierdzę, że to coś złego. Wiedza jest jak najbardziej pożyteczna. Jednak sformułowania w stylu „pokonaliśmy Niemców”, „wypędziliśmy Rosjan” tworzą złudne przeświadczenie o tym, że obywatelstwo wbite w dowód w jakiś sposób nas nobilituje.

Banalny nacjonalizm to także muzyka, szczególnie atrakcyjna dla młodszej części społeczeństwa. Nie piszę tu o zespołach ze skrajnie prawicowego podziemia. Łatwo jednak zauważyć, że dużą popularność zyskują muzycy mainstreamowi w stylu Maleo czy Tadka, którzy niezwykle skutecznie, grając na patriotycznych strunach, wzmacniają swą popularność. Jest to bardzo na rękę rozmaitym instytucjom, które chętnie sypną groszem. Jak śpiewa Marszałek Pizduski „jest pieniądz, jest granie”.

Banalny nacjonalizm to spiker w telewizyjnym dzienniku, który mówiąc o, dajmy na to, wypadku autobusu, zawsze powie o tym ilu Polaków w nim jechało i co się z nimi stało.

Banalny nacjonalizm to polityk, który mówiąc o narodzie posługuje się zwrotem „my”, nieważne czy popiera go trzy miliony osób, czy trzy tuziny.

Banalny nacjonalizm to sport, który jest substytutem wojny. Mecz polskiej reprezentacji jest momentem, który jednoczy, na co dzień, zwaśnionych kibiców. Gdy zwyciężali Małysz, Kubica, Kowalczyk zawsze słyszałem „Wygraliśmy!”. My, czyli kto? Naród oczywiście.

Ani ten banalny nacjonalizm straszny, ani nazbyt uciążliwy. Billing jednak przestrzega, że czasem zdarza się tak, że „zimna” wersja nacjonalizmu zmienia temperaturę i staje się „gorącą”. Po to banalny nacjonalizm kultywowany jest na każdym kroku, aby obcujący z nim codziennie ludzie gotowi byli ginąć i zabijać (ale o tym drugim mówi się zdecydowanie rzadziej) w imię ojczyzny, a więc sąsiadów, ludzi nam bliskich, ale przede wszystkim instytucji państwowych i tych, którzy trzymają nas w garści.

Dlatego pusty śmiech mnie ogarnia, gdy słyszę, że patriotyzm jest zagrożeniem dla systemu. Patriotyzm dla systemu jest bardzo pożyteczny, bowiem gwarantuje jego skuteczność i bezpieczeństwo w razie konfliktu. Skończyły się czasy zaborców i okupantów, sami sobie budujemy piekło, pod płaszczykiem troski o samych siebie, o naród.

Nie chcę tutaj oskarżać patriotyzmu. Nie twierdzę, że to coś złego. Nie chcę także demonizować banalnego nacjonalizmu. To coś, co nas otacza i tyle, ale lepiej być tego zjawiska świadomym. Jeśli o nim wiemy, możemy je kontrolować. Billing (a ja razem z nim) ostrzega przed tym, że nacjonalizm „gorący” zawsze zaczyna się od „zimnego” i tylko od naszych poglądów, świadomości i charakteru zależy kiedy powiemy „dość!” rosnącej temperaturze.

Mimo olbrzymiego postępu i uczestniczenia w życiu globalnej wioski, nadal trudno jest nam wyobrazić sobie świat bez państw narodowych. Wydaje nam się, że to coś, bez czego nie może istnieć współczesna polityka. Kto wie, może tak jest. Ale musimy pamiętać, że państwa narodowe to wynalazek stosunkowo młody, a dwieście lat temu pańszczyźnianemu chłopu zapewne było całkiem obojętne czyim jest poddanym.

Musimy także pamiętać, że o naszej narodowości decyduje cholerny przypadek.

Sandał

  • ko

    litośći