Wiele lat musiało upłynąć, aby zjawiła się osoba pragnąca spisać i przypomnieć absolutne podstawy białostockiej wielokulturowości, obecnie wręcz sztandarowego hasła wykorzystywanego do promocji miasta, będącego chlubą władzy – aczkolwiek wyłącznie na pozór, bo ta w praktyce pomija mniej wygodne fakty. Przede wszystkim o ludności żydowskiej, która stanowiła większość mieszkańców przedwojennego Białegostoku, tuż obok katolików, prawosławnych i muzułmanów.

Marcin Kącki swoją podróż zaczyna od Łap – niewielkiego miasteczka pod Białymstokiem. To właśnie przez Łapy przejeżdżały transporty do Treblinki, tutaj pociągi musiały zwolnić, co było jedyną szansą na  ucieczkę, ale też bezsilną próbą ratowania swoich dzieci – uwięzieni w wagonach Żydzi, już ze świadomością pewnej śmierci, wyrzucali je przez niewielkie okno z nadzieją na pomoc lokalnych mieszkańców. Autor nie oszczędza czytelnika, opisuje wojskowych, którzy jadąc drezyną za pociągiem, z zimną krwią rozstrzeliwali bezbronne dzieci oraz mieszkańców, którzy sparaliżowani strachem musieli wykopywać doły będące grobami.

To nie jest jedyna opisana historia. Znajdziemy także wiele innych, równie brutalnych, część opowiedziana przez samych świadków zdarzeń. Autor przedstawia fakty w sposób obiektywny, korzystając z wielu źródeł. Wykazuje się zawziętością i niezwykłą cierpliwością.
Przeczytamy świadectwa osób, które od lat walczą o zachowanie pamięci, szacunek dla zamordowanych, ich bezsilnych bataliach o zmianę współczesnej mentalności. Dr Katarzyna Sztop-Rutkowska przeprowadziła badania z mieszkańcami miasta. Zapytała m.in. o „pomaganie Żydom w czasie wojny jako powód do dumy“. Zgodziło się z tym wyłącznie 5,7% badanych, ale już 90% stwierdza, że „Białystok jest obecnie miastem wielu kultur, religii, narodów.“ „Białostoczanie, ponad 50 procent, uznali, że nie są tolerancyjni. (…) 70 procent uważa, że bardzo dobrze dla społeczeństwa, gdy składa się z różnych kultur.“ Porównując te dane jestem przerażona. Gdzie podziała się logika i samodzielne myślenie? To cuchnie hipokryzją.

Sporo treści poświęconych jest wydarzeniom sprzed zaledwie kilku lat, kiedy grupa IVEdycja zrzeszająca młodych narodowców – gdzie za sznurki pociąga starszyzna, dopuszcza się wielu ataków fizycznych na osobach, które ich zdaniem nie pasują do wizerunku prawdziwego Polaka, ale również ogromu innych działań: profanacji meczetu, malowaniu swastyk na murach, propagowaniu treści faszystowskich, działaniu w zorganizowanych grupach przestępczych, zbezczeszczeniu  cmentarza żydowskiego oraz okolic synagogi, podpalenia namiotu podczas zjazdu esperantystów, ale również handlu narkotykami i zyskami z nierządu.
(Tutaj pozwolę sobie wtrącić, że jednym z przywódców grupy IVEdycja był Dragon. Osoby z  Białegostoku i okolic z pewnością znają tę postać. Padają również inne znajome pseudonimy- zapraszam do lektury – red.)

Większość spraw wytoczonych przeciwko skrajnym nacjonalistom zostaje umorzona przez Sąd Apelacyjny. Prokurator Roszkowski stwierdza, że swastyka jest przecież symbolem szczęścia. Jedna z ofiar, której mieszkanie podpalono: „swastyka jest u niego, w Indiach, symbolem szczęścia, ale na historii w hinduskiej szkole uczył się, że w Europie to niekoniecznie.“ Dopiero po interwencji szefa MSWiA Bartłomieja Sienkiewicza i zainteresowaniu medialnym, Sąd Najwyższy po pięciu latach skazuje uczestników za udział w grupie przestępczej wspieranej faszystowską ideologią. W 2013 roku prokuratura białostocka prowadziła 172 sprawy związane z atakami rasistowskimi (połowę umorzono). „Po kontroli prokuratora generalnego okazało się, że aż blisko trzydzieści procent spraw umorzono bezpodstawnie.“ Dalej dowiadujemy się, że „latem 2014 roku „Dragon“, „Staszyn“, „Buben“ i ponad dwudziestu skinów po roku śledztwa zostało zatrzymanych. Po kilku miesiącach kolejni, razem sześćdziesiąt osób.“

Obroną zajmuje się mecenas Rafał Gulko. Tutaj pada smaczek zarejestrowany przez policjantów w toalecie: „Mecenas Gulko podchodzi do pisuaru. Z kabiny, pilnowanej przez policjantów, rozlega się rozpaczliwe pytanie.
„Rafał? To ty?“
„No.“
„Broń mnie też!“
„Ty kto?“
„Grucha.“
„Dobra! Aha, pamiętaj, mów mi w sądzie: „panie mecenasie“.
Czy to wymaga komentarza? W dalszych rozdziałach przeczytamy o kolejnych bliskich powiązaniach prezydenta Truskolaskiego, arcybiskupa Edwarda Ozorowskiego, Adama Polińskiego  oraz mecenasa Kudryckiego, prywatnie męża byłej minister edukacji ze skrzydła Platformy Obywatelskiej.

Sięgając po książkę oczekiwałam odpowiedzi na pytania o powód niepamięci, wręcz zbiorowej amnezji, a potem nienawiści i agresji, z którą wszyscy spotkaliśmy się na białostockich ulicach. Konkretnej odpowiedzi nie znalazłam, niezmiernie trudno ją wskazać, bo prawdopodobnie nie istnieje. Może być to skutek wieloletnich zaniedbań ze strony sądownictwa, marginalizacji tematu tolerancji w szkolnictwie, a może i… może. W rzeczywistości to pytanie o przyczynę narastających nastrojów nacjonalistycznych w całej Polsce i Europie. Historie opisane na prawie trzystu stronach utrwalają mnie i pozwolę sobie napisać NAS – jako członków i członkinie nieformalnych grup antyfaszystowskich w przekonaniu o słuszności swojej postawy życiowej, opartej na filarach tolerancji, szacunku i otwartości na innych ludzi.

Zachęcam do przeczytania całej – choć niełatwej – lektury. Do aktywnego działania w swoim mieście i przede wszystkim do odwagi, aby sprzeciwić się, gdy jesteśmy świadkami dyskryminacji. Ta historia nie może się powtórzyć. To nasz, ludzki, obowiązek.