W czasie gospodarczej prosperity nikt się nim nie interesował. Spotykał się na placach czy w obskurnych knajpach z niewielkim, acz oddanym gronem zwolenników. Wmawiał im i sobie, że są siłą, elitą, jedyną nadzieją ginącego świata. Wzbudzał tym jednak jedynie śmiech i politowanie w mediach oraz u przedstawicieli głównych sił politycznych. Jednak, mimo bycia outsajderem, raz na jakiś czas było o nim słychać dzięki kontrowersyjnym wypowiedziom.

Nadszedł jednak kryzys, a on zaostrzył retorykę. Mówił o konieczności obrony cywilizacji, o przywróceniu godności uciśnionemu i zdradzonemu narodowi. Zapowiadał ostrą rozprawę z wszelką polityczną konkurencją, zapowiadając więzienia, a nawet egzekucje. Udzielał prostych odpowiedzi na trudne pytania, uwodząc pewnością siebie i talentem krasomówczym. Zaczął uwodzić tłumy, oczarowane obietnicą przywrócenia porządku. Na partyjnych wiecach, które nagle zaczęły przyciągać setki i tysiące zwolenników, wskazywał na winnych złej sytuacji: zdegenerowane elity polityczne i obcych, którzy tylko czekają, by poderżnąć nam gardła.

Stopniowo monopolizował głos protestu. Przyciągał młodych, napotykających na szklany sufit u progu swej kariery zawodowej. Ale szli za nim także przedsiębiorcy, spodziewający się większych zysków po kilku korzystnych reformach. Wreszcie, po serii druzgocących klęsk wyborczych, osiągnął dobry wynik, stając się ważnym graczem na scenie politycznej. Od tego czasu media zapraszały go częściej, licząc, że skompromituje się w oczach opinii publicznej swymi wykluczającymi, coraz bardziej radykalnymi hasłami. Efekt był odwrotny do zamierzonego…

Wbrew pozorom powyższy opis nie jest nawiązaniem do drogi Adolfa Hitlera ku władzy. Jest to skrót kariery politycznej, której rozwojowi możemy się przypatrywać tu i teraz, w III RP (a może raczej – w Polskiej Republice Weimarskiej?). Mowa mianowicie o Januszu Korwin-Mikkim.

Wiele miejsca poświęca się ostatnio polemikom z poglądami lidera Nowej Prawicy. Zadanie to jednak karkołomne, a często przeciwskuteczne. Uczciwy polemista bowiem powinien – omawiając stereotypiarski bełkot Korwina – sięgnąć po analizy socjologiczne czy antropologiczne, powołać się na konkretnych autorów, przedstawić statystyki. Byłoby to więc działanie czaso- i energochłonne. Tym bardziej, że idol polskiej gimboprawicy nieustannie wypluwa w przestrzeń publiczną taką ilość absurdów, że na polemikę z tym wszystkim nie starczyłoby całego życia. Z drugiej natomiast strony, wszelkie odpowiedzi, wbrew intencjom ich autorów, napędzają Korwinowi kolejnych zwolenników zgodnie z zasadą „Nieważne, jak mówią – ważne, że mówią”. W sytuacji strukturalnego kryzysu systemu, gdy tysiące ludzi poszukuje alternatywy i nadziei, wściekłe, medialne ataki to woda na młyn dla Korwin-Mikkego i jego partii.

Ciekawe były także medialne reakcje na popularność Korwina. Część pismaków dokonała typowego „upupienia”, czyli przedstawiała korwinistów jako młodych, niedoświadczonych, nieznających życia, uwiedzionych poglądami, które nie do końca pojmują. Z kolei bardziej prawicowa część mediów twierdziła, że – owszem – wiele poglądów Korwina im się nie podoba, ale jest to wszak polityk, który jako jedyny konsekwentnie nawołuje do obniżki podatków i demontażu wszelkich osłon socjalnych. Ciekawe, że nikomu z apologetów gospodarczej części poglądów Korwin-Mikkego nie przyszło do głowy, że jego zapatrywania na sferę obyczajową są kompatybilne z tym, co głosi on w sferze ekonomii.

Słabszy ma oczekiwać pomocy silniejszego, ale także się go bać. Dlatego też mąż może gwałcić swoją żonę, gdy tylko ma na to ochotę, ale żona ma prawo oczekiwać od niego a to nowych mebli, a to drogiego futra, a to wymarzonego flakonu perfum. Dziecko powinno liczyć na pomoc rodziców, a nie nauczycieli, ale zarazem ci sami rodzice mają prawo je bić, gdy tylko uznają to za konieczne. Pracownik powinien słuchać swego szefa i bez narzekania wykonywać wszystkie jego polecenia; lecz gdyby się tak stało, że straci pracę i wyląduje na ulicy, może od tego samego szefa, już jako żebrak, oczekiwać dobrowolnej pomocy. I tak dalej.

Nie jest więc tak, że korwiniści nie rozumieją swego wodza. Oni znają na pamięć wiele z jego bon motów, a przy bezpośredniej dyskusji nie potrafią nawet własnymi słowami przedstawiać swych racji, tylko posługują się właściwie zlepkiem cytatów z Korwin-Mikkego. Nie są to żadni antysystemowi bojownicy, lecz konformiści, idący za panującą wśród kolegów z klasy modą. Za ich przekonaniami nie stoi życiowe doświadczenie, nie wypracowali swych poglądów w walce z systemem, po uderzeniach policyjnych pałek czy w czasie odsiadki w więzieniu. Nie zaznali wykluczenia czy przemocy. Ich bunt to chwilowa fanaberia dzieci z dobrych domów.

Korwinizm to także emanacja intelektualnego lenistwa. Po co sięgać do podręczników – choćby z wiedzy o społeczeństwie (nie wymagajmy od gimboprawicowców znajomości podręczników akademickich ani tym bardziej naukowych monografii) – skoro koledzy na forum internetowym wytłumaczą główne pojęcia. Napiszą, czym jest socjalizm, komunizm, w jaki sposób władzę w Polsce przejęło lewactwo – i już można zakładać konto na YouTube, by przejść od idei do czynu; czyli od biernego słuchania Korwina po lekcjach do czynnych „masakr” lewaków za pomocą setek komentarzy z błędami ortograficznymi.

Historia z europejskimi faszyzmami, jak pokazały wyniki ostatnich wyborów do PE, może się powtórzyć. Za pierwszym razem była to tragedia, teraz będzie to farsa. Zamiast zmagań z dumnymi, aryjskimi oddziałami szturmowymi, przyjdzie nam przechodzić przez kolejne internetowe „rajdy” zwolenników pana z muszce. Cóż, jaki wódz, takie jego jednostki szturmowe…