Katalonia jest oburzona i urażona. Przez ostatnie miesiące napięcie między autonomią a centralnym rządem w Madrycie urosło do takiego poziomu, że rząd centralny w zeszłym tygodniu nasłał Straż Obywatelską (Guardia Civil) na katalońskie urzędy. Aresztowano czternastu polityków, wezwano prawie 700 burmistrzów do złożenia zeznań w sądzie, oraz zarekwirowano prawie dziesięć milionów kart do głosowania. Referendum, którego domaga się ponad dwa miliony osób jest nie demokratyczne, natomiast ściganie przeciwników politycznych policją i ganianie ich po sądach jest obroną demokracji… Logiczne, prawda?

W ramach wstępu chciałbym wyjaśnić skąd wziął się obecny kryzys i w jaki sposób secesjonizm w Katalonii urósł w siłę do tego stopnia, żeby stawić czoła centralnemu rządowi w Madrycie. Niestety przez ostatnie lata przeczytałem wiele kłamstw, manipulacji i błędnych interpretacji, również w polskiej prasie, która podchodzi do tego tematu z perspektywy hegemonicznego nacjonalizmu lub też pozornej neutralności, lecz w głębi podszytej wartościami neoliberalnymi. Szczytem manipulacji był artykuł z zeszłego roku w ‘Gazecie Wyborczej’, w którym autor sprowadzał problem kataloński do konfliktu o pieniądze oraz kaprysu chciwych elit finansowych, które nie chcą dzielić się swoim bogactwem z biedniejszymi regionami. Autor pogrążył się zdradzając swój podziw dla byłego premiera Hiszpanii, pseudosocjalisty Felipe Gonzaleza.

Jednym z kluczowych momentów w tej historii było anulowanie wielu punktów statutu autonomicznego Katalonii w 2010 roku, kiedy to odebrano wspólnocie nie tylko wiele kompetencji, ale nawet prawo do nazywania się “narodem”. Rok później do władzy doszła hiszpańska prawica (Partido Popular) i konflikt coraz bardziej się zaostrzał, co było szczególnie widoczne na ulicach w każde narodowe święto Katalonii (Diada de Catalunya) 11 września. W 2014 roku odbyło się nieoficjalne referendum, w którym zagłosowały głównie osoby za niepodległością. Spośród 2,3 miliona osób ponad 80% opowiedziało się za separacją, jednak nieoficjalny charakter plebiscytu oraz bojkot ze strony przeciwników secesji nie pozwolił na rzetelne zbadanie opinii Katalończyków. W 2015 roku odbyły się wybory plebiscytarne, które z wynikiem 48% wygrały partie niepodległościowe, przegrywając tym samym plebiscyt lecz zdobywając większość miejsc w Parlamencie. Zadaniem zwycięzców było zorganizowanie kolejnego, tym razem zobowiązującego referendum, które w końcu zaplanowano na tę niedzielę, czyli 1-ego października 2017 roku.

Kataloński secesjonizm jest fenomenem społecznym, który łączy różne klasy społeczne i ruchy polityczne. Wbrew temu co często czytam w internecie, nie jest to tendencja zapoczątkowana przez burżuazję i elity finansowe i partie polityczne, tylko przez organizacje i samo społeczeństwo, które w 2012 roku po masowej demonstracji z okazji Diady zmusiło wręcz rządzącą katalońską centroprawicę z Convergència i Unió (CiU) do opowiedzenia się za niepodległością. Niestety hiszpańska lewica nie była w stanie celnie odczytać diagnozy problemu, i zamiast tego dolewała oliwy do ognia próbując dyskredytować secesjonistów za pomocą manipulacji.

Obecnie ruch wspierają trzy partie polityczne oraz liczne stowarzyszenia i organizacje społeczne. Centroprawica z PdeCAT (Spadkobiercy podzielonej CiU) i lewicowa Ezquerra Republicana (ERC) razem tworzą koalicję JuntsPelSí, którą wyłącznie w dążeniu do separacji od Hiszpanii wspiera skrajna lewica niepodległościowa, Candidatura d’Unitat Popular (CUP). Natomiast opozycję tworzą trzy ogólnohiszpańskie partie, w Katalonii znacznie mniej ważne, a także tutejsza reprezentacja Podemos, czyli En Comú Podem.

Lecz to nie partie wymyśliły secesjonizm, ani też nie stoją za nim burżuazja, wielkie majątki czy też banki. Elity finansowe na czele z bankierami Isidre Fainé (LaCaixa) i Josepem Oliu (Banc Sabadell) są przeciwne niepodległości Katalonii, uznając, że straciłyby na tym finansowo. Potwierdza się uniwersalna prawda o burżuazji, której jedyną ojczyzną są jej własne pieniądze.

Obecnie dążenie do niepodległości to tutaj polityczny ‘mainstream’, choć około 10-15 lat temu była to utopia, w którą wierzyła jedynie skrajna lewica, dziś głosująca na CUP. Aby lepiej zrozumieć katalońskie społeczeństwo, ważne jest zrozumienie poczucia krzywdy ze strony Hiszpanii, zwłaszcza faszystowskiej dyktatury Franco. Dzięki tej opozycji wobec frankizmu, praktycznie nie istnieje katalońska skrajna prawica. Tutejsza prawica ma charakter konserwatywny i neoliberalny. Skrajna prawica istnieje jedynie w swojej postaci pro-hiszpańskiej: Falanga, karliści, Democracia Nacional, Movimiento Social Republicano, Somatepms, squat Casal Tramuntana wzorujący się na rzymskim Casa Pound, oraz kilka innych organizacji, spadkobierców poprzedniej epoki. Nieco pełniejsza lista (Strona po katalońsku)

20-ego września hiszpańska policja zorganizowała najazd na katalońskie instytucje i siedziby partii. Około godziny 13:30 pod biuro CUP podjechało kilkanaście furgonów Policía Nacional z oddziału prewencji: Policjanci w kaskach, uzbrojeni w strzelby. Na miejscu czekała na nich jednak liczna delegacja zwolenników CUP, głównie antyfaszystów z całej Barcelony, a także samych polityków ‘cupaires’. Jak się okazało, policja chciała wedrzeć się do biura partii bez nakazu sądowego i wobec presji setek wzburzonych demonstrantów, około zmierzchu musiała odjechać z miejsca z kwitkiem. Spektakularny odwrót hiszpańskiej policji otoczonej przez setki antyfaszystów można obejrzeć na poniższych filmikach:

Oprócz odśpiewania hymnu Katalonii, ludzie skandowali “Votarem” (Zagłosujemy), “No pasaran”, “I-Inde-Independència”, “Fora les forces d’ocupació” (Precz z siłami okupacji) oraz emblematyczne dla katalońskiego antyfaszyzmu “Els carrers seran sempre nostres”, czyli “ulice zawsze będą nasze”.

To małe zwycięstwo nad represyjnym rządem Partido Popular, reprezentowanym przez policję, ma jednak charakter jedynie symboliczny. Przez ostatni tydzień aresztowano hakerów i informatyków odpowiedzialnych za przenoszenie strony internetowej referendum po każdym jej zablokowaniu. Sądy zakazały mediom i instytucjom publikowania informacji o referendum, na co odpowiedziały organizacje społeczne takie jak Assemblea Nacional Catalana (ANC) i Òmnium Cultural, z ogromnym poparciem większości społeczeństwa, również osób, które zamierzały zagłosować przeciw niepodległości w referendum. Wobec skali represji ze strony Hiszpanii, coraz więcej osób, w tym wiele wcześniej politycznie mało aktywnych, opowiada się za separacją Katalonii. Również w innych częściach kraju, chociażby w Madrycie i Bilbao, zorganizowano demonstracje poparcia dla referendum i przeciwko represjom.

Przez ostatni tydzień zorganizowano akcję “Empaperem”, czyli masowego oklejania ścian w całej Katalonii plakatami na rzecz referendum. Oprócz plakatów pojawiły się tysiące wlepek oraz napisów sprayem na ścianach: “Demokracja”, “Zagłosujemy”, “1-ego zagłosuj na Tak”, itd. Aby zmobilizować mniejszości narodowe, wydrukowano plakaty również w językach obcych, takich jak angielski, arabski, urdu i hindi.

Pomysł na Republikę Katalonii jednoznacznie zaprasza do udziału w projekcie wszystkie mniejszości. Młodzieżówki lewicowych partii, zwłaszcza CUP, nawołują do utworzenia nowego państwa na bazie wartości socjalistycznych, antyfaszystowskich a także feministycznych. Brzmi to może mocno utopijnie w zglobalizowanej Europie, ale wiele mówi o tym, w jakich wartościach wychowane jest tutejsze młode pokolenie. Dla wielu młodych Hiszpania reprezentuje przeciwieństwo powyższych idei: okrucieństwo wobec zwierząt, męski szowinizm, nacjonalizm, ksenofobię. Z pewnością jest to tylko częściowo prawdziwe skojarzenie, bardzo niesprawiedliwe wobec sporej części hiszpańskiego społeczeństwa, lecz ten negatywny wizerunek miał wpływ na oddalenie się Katalonii od reszty kraju.

Niestety zmobilizowała się też nieliczna w Katalonii lecz mocno zradykalizowana hiszpańska prawica, której około 400 zwolenników przeszło ulicami kilku dzielnic, dając upust frustracji i popisując się swoimi “pokojowymi intencjami”. W drodze do siedziby hiszpańskiej Guardia Civil na Travessera de Gràcia, doszło do napaści faszystów na jednego chłopaka i pogróżek pod adresem dziennikarzy zdających relację z demonstracji. Ten pożałowania godny spektakl można obejrzeć na przykład na tym filmiku:

Z całej Hiszpanii przybywają oddziały Guardia Civil, której w dniu referendum ma być około 10 tysięcy w całej Katalonii. Liczne grupy ludzi z flagami Hiszpanii zgotowały gwardzistom pożegnanie z oklaskami i wszelkimi honorami w Andaluzji, Kantabrii czy Walencji. Na filmikach słychać ludzi śpiewających “A por ellos” (“Na nich”) i krzyczących “Viva España”. Pokazuje to jak mocno podzielone w kwestii Katalonii jest hiszpańskie społeczeństwo. Z jednej strony mamy wyrazy poparcia dla referendum płynące z całego kraju, a z drugiej hiszpańską prawicę, dla której hiszpańskość i jedność kraju to wartości święte, których należy bronić za wszelką cenę. Do tej grupy niestety zalicza się nawet liczna część elektoratu lewicy, zarówno pseudo-socjalistów z PSOE jak i młodej partii Unidos Podemos. Ta ostatnia partia próbuje jeszcze nawiązać dialog i doprowadzić do porozumienia w sprawie referendum, jednak jest na to już zdecydowanie za późno.

Do planowanego referendum pozostały zaledwie cztery dni i napięcie w społeczeństwie jest mocno wyczuwalne. Hiszpański rząd odebrał Katalonii kontrolę nad autonomiczną policją, która wraz z Guardia Civil i Policía Nacional mają za zadanie nie dopuścić do głosowania. Opór wobec represji ma być pokojowy, lecz 1-ego października trudno będzie uniknąć konfrontacji i masowych demonstracji. Partie polityczne i organizacje apelują o spokój, aby nie zepsuć wizerunku ruchu niepodległościowego, obecnie na fali wznoszącej, poniekąd dzięki represjom ze strony rządu Hiszpanii. Jednak bez wątpienia za cztery dni dojdzie do zderzenia dwóch zupełnie różnych projektów – starego porządku wywodzącego się z konstytucji z 1978 roku, oraz nowego pomysłu na Republikę Katalonii.

Bronisław Singh