Ignacy Daszyński na kartach swojego pamiętnika, wspominając studia w Szwajcarii, opisuje także – prawdopodobnie pierwszą w polskiej historii – spinę między socjalistami a endekami. Jak wynika z narracji autora, przedstawione wydarzenia miały miejsce prawdopodobnie latem 1891 r. Był to czas, gdy wyrazisty podział na stronnictwa polityczne dopiero się dokonywał. Warto bowiem pamiętać, że na gruncie polskim trzy główne kierunki ideowe: ludowy, narodowy i socjalistyczny wyrastały ze wspólnego pnia. Jeszcze w pierwszej połowie XIX w. pierwsi socjaliści i bliscy im światopoglądowo radykalni demokraci za swój polityczny target uważali przede wszystkim chłopstwo. Ich punkt widzenia związany był przede wszystkim z faktem, że chłopi stanowili ogromną większość mieszkańców ziem polskich, a – jak rozumowano – tylko masowe powstanie może doprowadzić do odzyskania niepodległości. Dlatego też kwestię wyzwolenia narodowego wiązano z wyzwoleniem społecznym.

Po fiasku dwóch głównych powstań (listopadowego i styczniowego) oraz kilku pomniejszych ruchawek (np. spisku Zaliwskiego z 1833 r.) zaczęto poszukiwać innych możliwości przełamania zastanej sytuacji. Zarzucono walkę zbrojną na rzecz pracy wśród ludu i z ludem. W przeciwieństwie jednak do wizji organicznikowskiej, radykałowie społeczni dostrzegali antagonizmy społeczne – w pierwszej kolejności między szlachtą a chłopami, w drugiej między wciąż jeszcze niemalże cechowymi majstrami i czeladnikami, ale również coraz częściej między burżuazją a robotnikami.

Właśnie w łonie owej pracy organicznej zaszły zasadnicze podziały. Ci, którzy zorientowali się przede wszystkim na miasta i wyrobników czy nowoczesnych robotników, określali się jako socjaliści. Ci, którzy prowadzili pracę wśród chłopstwa, nazwali się ludowcami. Rzecz jasna oba te nurty u progu XX w. silnie się przenikały i niejednokrotnie wspierały. Trzecim nurtem, zorientowanym na naród, a więc odrzucający istnienie walk społecznych wewnątrz tej wspólnoty, byli właśnie narodowcy.

Ostatnie dziesięciolecie XIX w. to okres bardzo szybkiego dojrzewania tych orientacji. Niektóre życiorysy dobrze oddają trudności z dokonaniem jednoznacznych wyborów w nowym menu politycznym. Zygmunt Miłkowski, w latach 50. XIX w. związany z lewicowym Towarzystwem Demokratycznym Polskim, w 1887 r. był jednym z założycieli protoendeckiej Ligi Polskiej. W organizacji tej pierwsze skrzypce odgrywał także Zygmunt Balicki, który w młodości określał się jako socjalista, lecz w 1893 r. nawiązał aktywną współpracę z Romanem Dmowskim, zostając jednym z czołowych ideologów narodowej demokracji. Tenże Balicki do uczestnictwa w Lidze Polskiej wciągnął także na pewien czas nestora polskiego socjalizmu, jednego ze współzałożycieli Polskiej Partii Socjalistycznej, Bolesława Limanowskiego.

Przedstawicielom tych wyłonionych i coraz szybciej różnicujących się nurtów politycznych przez pewien czas wydawało się, że scena polityczna będzie na tyle obszerna, że będą mogli pracować na swoich polach bez wchodzenia sobie w drogę. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te naiwne przypuszczenia i już podczas rewolucji 1905 r. dochodziło do starć z browningiem w ręku. Jednak obszarem pierwszej prawdopodobnie ulicznej spiny socjalistów i endeków okazał się Zurych. Historię tę opowiada Daszyński.

Z Paryża wyjechałem bez zwłoki do Zurychu, zapisałem się na przyrodę i przemieszkałem tam aż do września 1890 roku. Oprócz wykładów, których słuchałem z wielkim skupieniem, miałem dwie sprawy, które mnie mocno interesowały. Pierwszą było stowarzyszenie robotników polskich „Zgoda” […] Drugą zaś była walka z Narodowo-Demokratycznym Stowarzyszeniem Młodzieży Polskiej. Studenci narodowo-demokratyczni opanowali Oberstrasse, studencką dzielnicę Zurychu, tak dalece, że uważali mnie za intruza. W przeciągu kilku miesięcy oderwałem im coś szesnastu członków, co ich napełniło takim gniewem, że obiecali mnie obić. Po staropolsku!

Szał ich nienawiści młodzieńczej do mnie, jako do socjalisty, doszedł do szczytu z okazji przewożenia zwłok Adama Mickiewicza do kraju. W deputacji uroczystej po zwłoki wieszcza był Asnyk i dwóch socjalistycznych studentów, śp. Miśko i Franciszek Siedlecki, późniejszy oryginalny malarz. Ale w Zurychu młodzież „narodowa” poprzysięgła wziąć cały obchód na stacji w swoje ręce i nie dopuścić robotników socjalistów, a tym mniej socjalistów Rosjan, których myśmy znów na obchód zaprosili. Przygotowałem walkę. Z naszej strony miał mówić robotnik farbiarz Julian Marchlewski, późniejszy wódz esdecji (Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy – 161 crew]. Jakiś Petroff miał przemawiać od Rosjan, ktoś jeszcze imieniem południowych Słowian.

Nadto przygotowano transport socjalistycznych broszur, które miały razem z trumną Mickiewicza przebyć granicę…

Ale na dzień przedtem nie wiedzieliśmy jeszcze nawet, czy nas w ogóle dopuszczą do trumny, a młodzież narodowo-demokratyczna odgrażała się, że nie dopuszczą!…

Zamówiłem wówczas gromadę polskich metalowców z Winterhur i po raz nie wiem który wezwałem mówców, aby byli gotowi na dany znak.

Tymczasem zaprosił mnie do siebie pan Władysław Mickiewicz, przybyły z trumną i deputacją. Rozmowa między nami była ostra.

– Nie każę otworzyć wagonu z trumną! – wołał pan Władysław.

-Może pan to zrobić – odrzekłem, wiedząc, że reprezentant rządu szwajcarskiego, pan Droz, ma oficjalnie przemawiać.

Rozstaliśmy się bardzo niedobrze na kilka godzin przed uroczystością.

Wieczorkiem letnim zebrała się Polonia przy bocznym torze, gdzie stał wagon z trumną. Moi metalowcy, chłopcy jak dęby, trzymali się wagonu, nie odstępując. Po uroczystym przemówieniu ministra, pana Droza, przemówił pięknie Marchlewski, a w dalszym ciągu i Petroff, i południowy Słowianin.

Młodzież endecka szalała z bezsilnego gniewu. Lepszym dyplomatą okazał się pan Władysław, bo po uroczystości przyszedł do mnie, aby mi podziękować za wzorowy porządek podczas aktu uroczystego.

Kiedy ciemnym już wieczorem wracałem do domu koło „Cafe du Nord”, słyszałem jak komersująca młodzież endecka wymawiała z gniewem moje nazwisko. Śmiałem się tylko z tych gniewów, bo dopiąłem swego: socjaliści polscy złożyli hołd zwłokom i geniuszowi Mickiewicza!

Za: I. Daszyński, Pamiętniki, tom I, red. K. Trawińska, Warszawa 1957, s. 79-80.

  • Maksym Gracjan Krawczyk

    Świetny tekst.