RASH New York była to ekipa, która dla mnie osobiście stała się sporą
inspiracją, kiedy czytałem wywiady z nimi i artykuły o nich na
pierwszych, prymitywnych stronach internetowych, w czasach kiedy dostęp
do sieci nie był jeszcze powszechny i trzeba było kombinować dostęp
przez znajomych w szkołach czy uczelniach, siedząc w salkach
informatycznych po godzinach. Kiedy przy okazji rozmów piłkarskich z
fanem futbolu z tamtych okolic wyszło, że był on zaangażowany w
działalność tej legendarnej dla mnie i dla wielu innych ekipy, po prostu
musiało się to skończyć wywiadem. Wywiad jest długi, ale tematy poruszane w nim
są niezmiernie ciekawe – opisują zarówno klimat nowojorski tamtych lat, jak i ten panujący obecnie.

Możesz się przedstawić?
Witam. Mam na imię Tommy, mieszkam na przedmieściach Nowego Jorku.
Urodziłem się niedaleko, ale dorastałem na środkowym zachodzie Stanów, mieszkałem w Seattle, ale też spędziłem mniej niż rok w okolicach Sete we Francji i w Dublinie. Jestem już po czterdziestce.

Byłeś jednym z członków RASH-NYC
(Red&Anarchist Skinheads). Byłeś jednym z założycieli grupy czy dołączyłeś w późniejszym okresie?
Dołączyłem w czasie tzw. drugiej fali, około 1994. Grupę założył Dan Sabater, pochodzący z Brooklynu, był jedną z najbardziej znaczących osób, jakie kiedykolwiek poznałem. Wyszedł z ruchu skupionego wokół zamieszek na Tompkins Square i sceny punkowej, i skłoterskiej, był zaangażowany w nowojorską scenę skinheadów prawie od jej powstania. Był też aktywistą anarchistycznym, z niesamowitymi kontaktami w ruchu anarchistycznym w Hiszpanii, w tym w Katalonii i Euskadi. Zebrał grupę twardych mężczyzn i kobiet we wczesnych latach 90-tych i poznałem ich, kiedy znalazłem się w Nowym Jorku w 1994.

Byłem skinheadem od około 1990 roku, przyjechałem do miasta kupić moje pierwsze glany na 8-ej ulicy, kiedy kręciły się tam tłumy skinów. Byłem wtedy w Seattle i miałem starcia z nazistami, bo w tym momencie ludzie z Kościoła Twórcy szaleli.
Jedna z ich głównych kryjówek była zaraz po drugiej stronie ulicy od mojego domu, na Capitol Hill. Bujałem się wtedy głównie ze scooter kids, ale czasem były akcje… Grupa w której byłem, U-District, raz sprowokowała boneaheada tylko po to, żeby wyciągnął kałacha z plecaka. Nie byłem dość mądry, żeby zauważyć, że nawet nie ma magazynka i schowałem się za samochód szybciej, niż myślę, że mógłbym się teraz poruszać. To trochę skupia umysł.

To był też okres kiedy SHARP-owcy z Portland byli w stanie prawdziwej wojny z nazistami. Był tam jeden pościg samochodowy i strzelanina, które trafiły do ogólnokrajowych wiadomości, a ja miałem szczęście poznać jednego gościa stamtąd, nazywał się Pan i później stał się dobrze znany na scenie w całych Stanach.

Krótko po tym, jak opuściłem Seattle, jeden z białych supremistów z naprzeciwka odjechał i odstawiał „samotnego wilka”, próbując zabić lidera walki o prawa obywatelskie w Kalifornii, ale był tak niekompetentny, że po drodze został aresztowany za kradzież w sklepie i zepsuł cały plan. To smutna historia dzieciaka, nie miał jeszcze 19-tu lat, wyalienowany z całej rodziny, zrekrutowany w podmiejskim sklepie w Seattle przez starszych nazistów i zamieniony w mięso armatnie. Nie był też zbyt bystry. Przyjaciel powiedział mi, że miał wytatuowane imię każdej byłej na ramieniu, skreślone, kiedy go rzuciła.
Ja skończyłem w Nowym Jorku z naszywkami z napisem „Class War” na moim flyersie i miałem szczęście poznać Dana i grupę około tuzina, głównie anarchistycznych, skinów, których zwerbował.

Jaka idea stała za powstaniem RASH? O ile wiem, to była pierwsza taka grupa na świecie?
Wiem, że Dan napisał o tym dużo więcej, ale nowojorska punkowa i hardcorowa scena w 1990 roku była imponująca. Były duże squaty i duża część miasta była miejscem, gdzie mogli żyć prawdziwi ludzie pracy, nie to, co dziś. East Village było wybuchową mieszanką Portorykan i innych nowojorczyków klasy pracującej, a także zbiorem punków, bezdomnych, squatersów, artystów, radykałów, dziwaków, nałogowców, wyrzutków i klasycznych pijaków. Burmistrz Koch nie był przyjazny żadnej z tych osób i cieszył się, gdy AIDS, crack i bieda niszczyły jego ludzi. Giuliani pojawił się krótko po mnie, dochodząc do władzy w kampanii, która zawierała „protest” umundurowanych policjantów, który skończył się policyjnymi zamieszkami. Miał mandat, żeby jebać Nowy Jork.

Miał też mandat, żeby „oczyszczać” miasto tak, jak on to widział. Wyganiając pracujących i biednych z East Village, sprzedając stare okolice deweloperom, czyszcząc squaty, aresztując ludzi za publiczne picie i generalnie niszcząc brudne stare miasto. Przybyłem pod sam koniec tego świata, ale to był świat, z którego wyszedł RASH.
Pochodził też z wielkiej różnorodności, skinowskiej sceny zdominowanej przez ska i starszej, dużo bardziej nowojorskiej sceny hardcorowej. To były dni, kiedy dzieciaki z klasy pracującej, z przedmieść rzeczywiście były skinheadami. Dodaj to do punka i anarchizmu, i myślę, że właśnie tu narodził się RASH.
Dan i kilka innych dzieciaków było białymi dzieciakami ze środowisk klasy pracującej i podobał im się ruch skinhead, ale w przeciwieństwie do wielu dzieciaków z białej klasy pracującej Nowego Jorku, nigdy nie wpadli w bigoterię i całkowicie odmawiali zrezygnowania ze sceny albo swoich sumień. To była duża scena i tak, jak dziś, większość dzieciaków przejmowała machanie flagą i bzdurne koszulki Screwdrivera, głównie dlatego, że nie miała charakteru, żeby sprzeciwić się tłumowi. W efekcie dziś w Nowym Jorku dużo czarnych, Azjatów, Mulatów i imigrantów buja się z nazistami, którymi potajemnie gardzą, tylko dlatego, że wszyscy tak robią i myślą, że wyglądają na twardzieli.

Goście, którzy założyli RASH byli inni. Nie ukrywali swojej polityki. Ludzie nazywali Dana „Danem Komuszkiem”, podczas gdy on czytał traktaty anarchistyczne o radykalnej demokracji i Kronsztadzie. Ale nigdy nie sprzedał socjalistów i RASH mocno obrywał za ideologie, w które nikt z nas nawet nie wierzył (wtedy), jak: marksizm, leninizm; z czystej solidarności i uporu.

Jednocześnie nie byli politykami. Nie było wiele czytania traktatów politycznych, a co dopiero pracy dla partii politycznych. Chodziło o akcję bezpośrednią w środowiskach, które były gentryfikowane i atakowane przez rasistowską policję i rządy.

Opowiedz nam trochę o sytuacji politycznej z tamtego okresu. Jaka była sytuacja z nazistami na ulicach Nowego Jorku?
Kiedy się pojawiłem, była fala na ten cały „non-political” na scenie, dziwnie kierowany przez dzieciaka, który miał grupę pod nazwą „United Front” (kompletnie bez ironii). Pierwsza generacja NYC pomogła uczynić Nowy Jork niebezpiecznym dla nazistów. To miasto nigdy nie było dobrym gruntem dla tego gówna, ale w tym całym „non-political” chodziło o dzieciaków, głównie czarnych i Latynosów, które chętnie kupowały nazistowskie oi!-owe śmieci, zachowywały się jak idioci i bujały się z lokalnymi nazistowskimi zespołami i innymi wizytującymi. Na przedmieściach naziści grali koncerty i zespoły z Nowego Jorku – nawet te z czarnego frontu – grały z nimi. Było właściwie trochę tak, jak dzisiaj, tylko dzisiaj jest jeszcze gorzej.

We wczesnych latach 90. było chociaż starsze pokolenie. Większość poprzedniej generacji nowojorskich skinheadów miała wyjebane na politykę i lubiła hardcore. Gangi, prawdziwe „lepiej-ich-szanuj-albo-cię-zabiją”, gangi skinheadów, jak DMS i Sunset, nadawały ton. To były dni (przede mną) hardcorowych gigów, gdzie starsi goście obcinali ci glany, jak im się nie spodobałeś lub bili cię, jak cię polubili. Pierwsze pokolenie RASH były tego efektem.

Nowe pokolenie bardziej lubiło brytyjski Oi! i ska, i przyciągało oba rodzaje amerykańskich nazistów z przedmieść (którzy pewnie srali po gaciach przed nowojorskim hardcorem). Więc zaczęło powstawać to, co widzimy dzisiaj: ogólnonarodowa i ogólnoświatowa subkultura nazistów i całe społeczności oi!-owych zespołów a la Cock Sparrer w pilotkach, koszulkach brytyjskich zespołów, 20-dziurkowych martensach i dżinsach.

Kolejnym dziwnym, nowojorskim zjawiskiem było, że wielu czarnych, Mulatów czy azjatyckich dzieciaków lubiło tę scenę. I ci naziści imponowali też szerszej scenie ska.

Z RASH była przeciwwaga. Ludzie z ekipy chodzili na koncerty i zdobywali szacunek. Dan, a także inne osoby, jak Greg, zdobyły już duży uliczny szacunek, kiedy przybyłem, i utrzymywali dobre stosunki z liderami grup i zespołów. Ale RASH zawsze był celem po prostu dlatego, że nie odpuszczał.
Dzięki RASH naziści nie mogli chodzić na koncerty w Nowym Jorku. To była strefa zakazana.

Część antyfaszystowskich skinów – nie ja – egzekwowała to z bardzo konkretnie wycelowaną, ekstremalną przemocą. Dzieciaki z Westchester lub Staten Island próbowały chodzić na „apolityczne” koncerty i były namierzane, i bite, kiedy najmniej się tego spodziewały.

Większość szerszych konfliktów była obroną przed oburzonymi „apolitycznymi”, fencewalkers, którzy stale mieli na celowniku dobrze widocznych ludzi z RASH, ale nie odnosili zbyt dużych sukcesów. Kiedy RASH NYC w końcu umarł dekadę temu (długo po moich czasach), ci goście zatopili wieloetniczną scenę oi! w Nowym Jorku, na której ludzie nie mieli problemu ze staniem obok nazistów.

W jaką działalność był zaangażowany RASH NYC? Czy spotkaliście się z jakimiś represjami ze strony policji?
Pamiętam, że Dan często opowiadał sprośne żarty na Peace Pentagon, w starym budynku War Resisters League, gdzie sprzymierzona grupa anarchosyndykalistyczna miała swoje biura. Nowojorska lewica wtedy, tak jak dziś, była rutynowo podsłuchiwana, szpiegowana, infiltrowana i nękana na pomniejsze sposoby. Giuliani – i każdy poźniejszy burmistrz – uczynił „jakość życia” swoją formalną linią polityczną, a gentryfikację, przerost policji i niszczenie biednych społeczności swoją nieformalną linią. Dostaliśmy po prostu to, co większość pracujących nowojorczyków.

Dlaczego grupa ostatecznie się rozwiązała? Czy możesz powiedzieć nam, co uważasz za jej osiągnięcia? Czy jej członkowie nadal są związani z lewicową polityką?
W drugiej połowie lat 90. spędziłem wiele czasu w Wielkiej Brytanii i Irlandii, i przestałem być skinheadem, bo zrozumiałem, że tam jest to śmiesznie martwe, zaangażowałem się bardziej w sprawy rodzinne, formalną politykę (z kilkoma socjalistycznymi konfiguracjami) i kulturę piłkarską casual. W 2001 od dawna mnie nie było i oddaliłem się od tej sceny. Dan odbudował RASH NYC przynajmniej dwa razy od tego czasu, z nowymi dzieciakami. Kiedy wyjechał do innego stanu, tutaj RASH spasował. Wiem, że czuł się ciężko potraktowany przez ekipę – w tym mnie – w tamtym czasie, ale byłem zbyt daleko od sceny, żeby wiedzieć, co się stało. Ale słyszę, że w innych miejscach środowiska RASH-ów są silne i wiem, że ziomki z Miami, i innych miejsc, zawsze działają z Redskinami na terenie Nowego Jorku. Był tutaj duży punkowy i oi!-owy gig latynoskiej Antify kilka miesięcy temu, więc scena nadal działa.

Utrzymuję jakieś kontakty ze starymi towarzyszami. Mają się dobrze, mają rodziny, przyzwoite dla klasy pracującej prace, nawet dzieci. I wiem na pewno, że kilku z nich jest bardzo aktywnych politycznie w lewicowej polityce i pracy społecznej. Z Herr Trumpem spodziewam się, że będę wpadał na nich dużo częściej przez kilka najbliższych lat

Przejdźmy do teraźniejszości. Opowiedz nam o scenie antyfaszystowskiej w Twojej okolicy.
Antyfaszyzm, jak każda praca polityczna, przeżywa boom z Trumpem. Wyzwolił falę neonazistów w całym kraju, nawet w Nowym Jorku. Każdy głupi dewota myśli, że może wstać i pokazać swoje prawdziwe kolory i ludzie walą do grup Antify. Lewicowe grupy, w których jestem lub byłem, widzą niewiarygodne liczby zradykalizowanych ludzi na lewicy. Chodzą na marsze, demonstracje i spotkania, każdy jest niesamowicie podjarany.

Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że dla fencewalker nowojorskich oi-owych skinów szykuje się niespodzianka, kiedy ich „cisi” nazistowscy koledzy pozbędą się swoich kolegów skinheadów z różnych mniejszości, chodzących na koncerty i grających w zespołach, teraz, kiedy nie muszą ukrywać swoich prawdziwych poglądów. Możesz być kolorowym nowojorskim skinem i kochać Trumpa, ale ci prawdziwi neonaziści będą cię tolerować tylko, dopóki myślą, że cię potrzebują. Wiele osób straci wiele złudzeń.

W Stanach ruch anarchistyczny jest nadal silny, a Antifa od dawna jest jego podporą. W latach 90. były napięcia między anarchistami z klasy średniej (wyśmiewanych jako anarchiści lifestylowi) a RASH-ami. Myślę, że jedno i drugie już się skończyło, i nie wróci w przewidywanej przyszłości. Antyfaszyzm wyszedł już z fazy „hobby” i przeszedł do stanu „walki o przetrwanie”. Więcej osób widzi, jakie to ważne i „mainstreamowi” antyfaszyści (jak SPLC) mają wielki wzrost poparcia. Nawet grupy jak „One Peoples
Project”, który działał od lat 90-tych i nigdy nie uznawał żadnych kompromisów, i wyrażał się jednoznacznie, przyciąga uwagę mainstreamowych mediów, na którą od dawna zasługują.

Trump dopiero co został wybrany. Jak twoim zdaniem to zmienia sytuację? Jaki ma wpływ na stan rzeczy w twojej okolicy? Czy martwisz się, jak to wszystko się skończy?
W niektórych częściach Stanów będzie bardzo, bardzo źle, bo gliny i rząd są zinfiltrowane przez skrajną prawicę. Ale w miejscach jak Nowy Jork liberałowie się radykalizują i mówienie o „alt-right”, negowanie Holocaustu, walka przeciw policyjnym morderstwom kolorowych są teraz problemami mainstreamowymi. Na pewno będzie to problematyczne dla niektórych starych antyfaszystów, ale wielu będzie to cieszyć. Nie mają wyjścia. Normalnych Amerykanów być może nie obchodzi rasizm i niekończącą się bigoteria, której ofiarą padali kolorowi, ale myślę, że są dość zszokowani, kiedy odkrywają niezaprzeczalną faszystowską politykę Bannona i wielu najbardziej zagorzałych zwolenników Trumpa. I te szumowiny ujawniają się w całym kraju, myśląc, że „wygrali”.

Jesteś kibicem nowojorskiej drużyny piłkarskiej. Możesz powiedzieć nam coś więcej o drużynie i jej kibicach? Czy macie prawdziwe grupy ultrasów, jak niektóre inne amerykańskie i kanadyjskie drużyny?
Mogę mówić o tym, co inni robili albo co widziałem w latach 90-tych, ale to, co ja dodałem od siebie, to kibicowanie piłce. Nigdy nie byłem liderem w RASH ani twardzielem, ani nie byłem znany na skinowskiej scenie. Ale ja i moi przyjaciele, z których większość była w RASH lub kolegowała się z tą ekipą, odegraliśmy znaczną rolę w (ponownym) powstaniu ruchu kibicowskiego w Nowym Jorku, a nawet całych Stanach. Odkładając oczywiście na bok wszelką skromność.

Grałem w piłkę jako dzieciak i miałem szczęście mieszkać krótko we Francji, i podróżować po UK. Jak wiele dzieciaków w latach 80. miałem cholerną obsesję na punkcie brytyjskiej muzyki popowej i punkowej. Przeszedłem przez wszystkie subkultury, miałem wszelakie fryzury, słuchałem ważnych płyt i czytałem magazyny. Śledziłem też football. Oczywiście nie można go było wiele zobaczyć w tv. W późnych latach 80-tych angielskie i kilka szkockich meczów było pokazywanych z tygodniowym opóźnieniem. Były zmontowane w półgodzinną sekwencję na jakichś marnych kanałach kablówki. Wycinałem tabele Premiereship albo stare First Division z poniedziałkowych gazet i naklejałem je w zeszytach. Lubiłem Liverpool z powodu Johna Barnesa, Kennego Dalgisha, tych wszystkich liverpoolowych zespołów, Militant Tendency i z powodu złamanego serca w Hillsborough (tragedia na stadionie piłkarskim Liverpoolu, gdzie wskutek zbyt dużej ilości ludzi i działań policji zginęło 96 osób, a wiele zostało rannych – dop. redakcji). Moi irlandzcy przyjaciele pokierowali mnie do Celtic i śledziłem ten zespół, kiedy mogłem, kupując co roku przegrane na PAL podsumowania sezonu, żeby zobaczyć chociaż najważniejsze gole. Ludzie tacy, jak ja i wielu, wielu imigrantów lub dzieci imigrantów, są trzonem ruchu kibicowskiego w Stanach. Wtedy to była tylko subkultura.

Więc w 1994 roku, na fali mistrzostw świata, plany były takie, by stworzyć profesjonalną ligę i ruszyć z nią w 1996. To był MLS. Wcześniej jedna z małych lig, które powstawały i upadały co jakieś pięć lat, dała Nowemu Jorkowi klub, The Centaurs. Grali na zniszczonym stadionie w miejskim parku i RASH, i inne ziomki miały grupę „NYC Firm” – byli niemal jedynymi ich kibicami. Założyliśmy ją ja i kilku nie-bardzo-politycznych kolegów, ja prowadziłem fanzine (prawdopodobnie pierwszy piłkarski fanzine w Stanach) i generalnie dobrze się bawiliśmy. O ile wiem, to był pierwszy prawdziwy piłkarski fanklub w Stanach. Chodziliśmy nawet na mecze drużyn narodowych, w zasadzie ponownie wprowadzając piłkarskie piosenki Stockport County (gdzie część z nas miała przyjaciół), z których niektóre do dziś przetrwały w różnych klubach piłkarskich w USA.

The Centaurs niemal natychmiast zbankrutowali. Większość profesjonalnych klubów w Stanach upada, bo ligi poza szczytem nadal tracą co roku kilka klubów. Jest niewiele stadionów, boisk na trawie albo bazy fanowskiej gotowej wspierać piłkę tak, jak w innych częściach świata. Tylko kluby bardzo bogate lub całkowicie amatorskie mogą przetrwać jakiś dłuższy czas. Te, którym się to udaje, to zazwyczaj tylko znaki towarowe (jak the Cosmos), które bogaci regularnie kupują i wskrzeszają.

Więc jeden z naszych kolegów założył ESC, pierwszy fanklub MLS, dla nowego klubu MLS w New Jersey/Nowym Jorku, „MetroStars”. Mieliśmy większą ilość fanów, ale tylko trochę. To była dobra zabawa i RASH był w to bardzo zaangażowany. Ponownie mieliśmy trzon ziomków z RASH i NYCF, którzy wiedzieli coś o angielskiej kulturze piłkarskiej i byli całkiem wpływowi w szerzeniu jej w lidze, od piosenek, przez ubrania, po organizację. Na drugim meczu pojawiło się trochę nazioli z Atlantic City i zostali ciężko pobici, czterech naszych kolegów zostało aresztowanych, ale ostatecznie lokalny prokurator zdecydował się wycofać oskarżenie zamiast bronić dobrze znanych nazistów. To był koniec nazioli na Metro.
Każdy klub piłkarski w Stanach i Kanadzie ma napływ neonazistów, pochodzących z oi!-owej sceny, którzy mają koszulki West Hamu i myślą, że to będzie jak piosenka Cock Sparrera. Rzadko się zdarza, żeby przetrwali, głównie dlatego, że nudzi ich scena pełna imigrantów i dziwaków, a większość klubów ma nominalną grupę Antify, zwykle małą grupę z koszulkami i flagami Sankt Pauli.
Robiłem wtedy zewnętrzny zine i stronę internetową dla RASH, pod nazwą „RASH Football”, która została trochę zauważona, pozyskała kilku przyjaciół w Bilbao i Kolumbii, była wspomniana w When Saturday Comes(znany angielski fanzin piłkarski – dop. redakcji). Robiliśmy zarówno pracę polityczną, jak i football, ale kilka rzeczy zabiło temat (lub przynajmniej okaleczyło). Moje pokolenie RASH zajmowało się innymi rzeczami: piłkarski casual z jednej strony, rodziny i praca z drugiej. Wtedy nastąpił 11 września i zaczęły się wojny i dużo naszej uwagi skupiło się na pracy politycznej bardziej niż na piłce.

Tymczasem MetroStars tracili pieniądze i utknęli na niszczejącym stadionie na 90 000 ludzi do footballu amerykańskiego na przedmieściach New Jersey, przyciągając dziesięć do dwudziestu tysięcy fanów w dobry dzień.
W 2006 roku Red Bull, zaraz po przejęciu SV Austria Salzburg, kupił MetroStars, przechrzcił ich na Red Bull, zmienił ich symbol, kolory i wyrzucił dekadę historii, którą w nich włożyliśmy. Grupy kibiców się podzieliły, ja i część innych chcieliśmy z tym walczyć, inni z tego zrezygnowali, mając nadzieję, że nowe pieniądze mogą oznaczać stadion w New Jersey i lepszych graczy. I oznaczały to, ale wielu z nas odeszło i czuje ogromną nienawiść do Red Bulla i wszystkiego, co reprezentuje.

Nadal mam przyjaciół, którzy kibicują Red Bullowi (w tym założyciel RASH – Dan i przynajmniej trzech oryginalnych członków), ale ja po prostu mam mdłości jak widzę tę nazwę. Mają coraz więcej nowych fanów, którzy nigdy nie znali MetroStars i nie mają problemu, by dumnie wykrzykiwać reklamy napoju w miejsce właściwego klubu. Jak głupie by to nie było, my zbudowaliśmy społeczność wokół Metra i ta społeczność była nasza. Teraz już nie jest.
Kiedy w 2010 jeden konglomerat kupił nazwę Cosmos i założył klub, część z nas rozważała kibicowanie mu. Niestety rozłożyli się na stadionie hokejowego collegu na przedmieściach Long Island, który był po prostu dla większości ludzi za daleko od miasta. Ich saudyjscy właściciele też się wydawali raczej szachrajscy i kiedy to piszę, są na krawędzi upadku i prawdopodobnie pociągną za sobą ligę, którą ich właściciele kupili, by wyprzeć MLS i kontrolować amerykański biznes piłkarski.

W 2012 powstał NYCFC, założony przez wielkie pieniądze konglomerat City Football Groups razem z New York Yankees. Wielu z nas – starych wyjadaczy mimowolnie ponownie się zakochało. To nie znaczy, że nie widzimy problemów. To podręcznikowy „nowoczesny football”: wielkie pieniądze, żadnej historii, znani gracze. Ale stworzyliśmy „sekcję kibiców” na jednym końcu stadionu jankesów, z boiskiem śmiesznie ustawionym wokół diamentu do baseballa. Ktoś zrobił nawet koszulki z napisem „Attend Modern Football”. Bo w Stanach nie ma ŻADNEJ prawdziwej piłki i presja pełnego, morderczego kapitalizmu, pod którą żyjemy oznacza, że nie będzie, poza amatorskimi ligami parkowymi. Niestety, wymaganie „prawdziwej” piłki w Stanach oznacza oglądanie w telewizji meczów w Anglii, Hiszpanii czy Meksyku i udawanie, że jesteś kibicem, nigdy tak naprawdę nie chodząc na mecze. Głównie przez kupowanie rzeczy i przeglądanie Internetu.

Tak, jak w Metro, walczymy tutaj o to, żeby zbudować naszą własną społeczność, którą my będziemy kontrolować, poza planami ludzi pieniędzy. Tłumy na NYCFC są wielkie, jak na standardy US: średnio 30 000 na mecz i przynajmniej 3000 w hałaśliwej sekcji kibiców.

Amerykańscy kibice dużo przejmują, szczególnie od imigrantów i ich dzieci, którzy importują elementy kultury piłkarskiej z innych części świata. Więc każdy klub ma grupę jak „barra brava” (latynoamerykański termin oznaczający fanatyczną ultraskę – dop. redakcji), z długimi chorągiewkami, basowym bębnem i pogo, meksykańską orkiestrę, angielskie piłkarskie szaliki i przyśpiewki, włoską pirotechnikę i tifo, i wszystkiego innego po trochu.

Na większość tego nie pozwala policja i konflikty z glinami i klubami są stałe, stała jest też infiltracja przez typów z białej klasy średniej z przedmieść, którzy potrafią wyssać krew ze wszystkiego. Od nich pochodzą te słabe, rozwodnione, pojękujące przyśpiewki, które są wyśmiewane na youtubie. Łapią formę, nie pasję.

Każdy klub ma te grupy kibiców, zwykle skupione wokół ultrasowej formy prezentacji. Pirotechnika jest nielegalna, a ponieważ na naszych trybunach jest uzbrojona policja, to poważne wyzwanie, żeby z nimi walczyć. Dzieciaki bywały czasem traktowane paralizotarami przez NYPD w środku tłumu i aresztowane niemal na każdym meczu, w tym za puszczanie dymu poza stadionem.
Jak można sobie wyobrazić, walk też jest bardzo mało, to głównie bójki. Poza Jankesami, większość stadionów w US jest na przedmieściach, otoczonych parkingami, i jest tam dużo policji. A Jankesi – jak większość stadionów w USA do wszelkich sportów – to teraz „strefa bezpieczeństwa terrorystycznego Homeland Security”, co oznacza uzbrojoną policję i kontrole jak na lotnisku.

Widziałem trochę naprawdę fajnych wlepek z antyfaszystowskim i anty-Trumpowym przekazem. Czy wśród kibiców NYC jest silna postawa polityczna, czy jest głównie apolitycznie?
Początkowo mieliśmy problem – jak większość nowych klubów w USA – z małymi grupkami nazistów pojawiającymi się na naszych meczach. Zakazy i tym podobne w większości załatwiły ten problem, ale my mamy tę dodatkową trudność, że te dzieciaki to prawie sami imigranci. Kilku latynoskich skinheadów i kilku polskich nazistów, którzy mają imigrancką scenę nazistowką w Greenpoint, głównie polskim rejonie na Brooklynie. Większość naszych kibiców nawet nie czai, że ci goście to naziści: przeważnie próbują przejść, a że połowa z nich mówi po hiszpańsku i ma brązową skórę, to dezorientuje ludzi.
Więc część z nas założyła zorganizowaną grupę Antify, która rosła od roku i rośnie jeszcze bardziej, bo ludzie ciągną do pracy antyfaszystowskiej z powodu trumpistów. Kilka fanklubów (jest jeden duży oficjalny i około sześć albo osiem małych, nieoficjalnych) jest zgrupowanych na lewym końcu trybun i śpiewa o „przejęciu środków produkcji”, jednocześnie za dużo pijąc, macha flagami YPG, tęczowymi, pokojowymi, Euskadi lub irlandzkimi flagami republikańskimi i generalnie po prostu dobrze się bawi. Większość, ale nie wszyscy, gości z Antify bierze się stamtąd.
Większość kibiców jest apolityczna, ale to Nowy Jork, więc jest też dużym miksem rasowym (jesteśmy w większości czarnym i brązowym miastem) i jest mglisto-liberalna. Prawie wszyscy nienawidzą Trumpa: każdy zna kogoś, kto jest imigrantem, LGBT lub muzułmaninem, który bardzo się boi jego ruchu i wśród nowojorczyków nienawiść do Trumpa jest prawie „apolityczna”. Jako lewicowiec stale spotykam na piłce gości, na których wpadłem wcześniej w polityce albo poznaję ludzi, o których później się dowiaduję, że są pół-emerytowaną kadrą tej czy innej grupy. To Nowy Jork.

Jest też co prawda spora dawka machania flagami, która wzięła się tu z 11-go września, ale widziałem też gości w mainstreamowych częściach sekcji kibiców, którzy są całkiem apolityczni i nie związani z pracą antyfaszystowską, klękających w trakcie hymnu narodowego w hołdzie dla ruchu Black Lives Matter, co daje mi nadzieję.

Kim są wasi najwięksi rywale w piłce? Zgaduję, że nie jesteście wielkimi fanami New York Red Bull?
Tak, czuję niewypowiedzianą nienawiść do Red Bull i bardzo mi przykro z powodu tych kibiców Metra, którzy nadal ich wspierają, z marzeniem, że kiedyś pozbędą się Red Bulla. Jak mówiłem, co roku coraz więcej kibiców Red Bulla postanawia okleić się reklamami napoju. Wiem, że kilku starych zawodników i tam organizuje grupę Antify, więc nazistom nigdzie nie jest dobrze.

Jakie są, Twoim zdaniem, najciekawsze grupy ultrasowskie w Ameryce Północnej?
Inne imponujące kluby, jak dla mnie, to Montreal i Portland. Bardzo „alternatywne” (biała hipsteriada, ale politycznie bardzo lewicowa) i kreatywne. Robią wielkie animowane tifo i regularnie wyprzedają swój mały stadion. Politycznie są bardzo koszerne. Mam starego przyjaciela z czasów Metro, który się tam przeprowadził i jest związany z ich kibicami. Widziałeś kiedyś program telewizyjny „Portlandia”? Właśnie tak jest. Bardzo fajnie i lewicowo, ale z trochę strasznym brakiem ludzi innych niż biali. Seattle jest bardzo podobne, ale piłkarsko Portland ma dużo większy trzon lewicowych kibiców.

Montreal ma najbardziej włosko-podobny ultras, ma też twardy trzon lewicowych kibiców, których naprawdę lubię, o części z nich wiedziałem jeszcze z RASH-owych czasów. I to takie świetne miasto i scena, nie mogę ich nie lubić. Ich główny rywal, Toronto, też jest imponujący. Znałem trochę starych AFA, którzy tam mieszkali i byli kibicami, ale Toronto ma też wielki kontyngent „bro” (biali, seksistowcy mężczyźni z klasy średniej), który mnie jakoś odrzuca.

Naprawdę nie lubię Orlando, ale muszę przyznać, że mają dobry lewicowy kontyngent. Ale Orlando to takie okropne miejsce, że nie wiem czy ich nienawidzić czy im współczuć.
Minnesota United, wychodząca w przyszłym roku z niższej ligi, ma dużą grupę punkową „Dark Clouds”, którzy moim zdaniem są bardzo podobni do Portland.
Czekam, żeby zobaczyć, jaka będzie Atlanta, przyszły drugi klub LA i przyszłe kluby Miami. Są tam duże lewicowe i imigranckie społeczności, które mogą zdominować ich sekcje kibiców.

Większość innych klubów ma trochę dobrych ludzi, ale większość tonie w morzu białych kibiców z klasy średniej, z bardzo podzielonymi latynoskimi kontra anglosaskimi grupami kibiców. Ilość czarnych i brązowych kibiców na NYCFC, jaką mamy, czyni mnie jak zwykle dumnym z mojego miasta.

Chciałbyś coś powiedzieć czytającym to polskim antyfaszystom?
Nie wiem dość o polskich zwolennikach Antify, ale chcę dowiedzieć się więcej. Mamy jednego polskoamerykańskiego gościa w naszej grupie, który cały czas krzyczy na polskich prawicowców, więc jeśli chociaż nauczę się przeklinać faszystów po polsku to będzie start. Kontaktujcie się ze mną albo fanklubem Hearts Of Oak i chętnie się czymś powymieniamy, usłyszymy, co robicie, nawet wywiesimy tu dla Was flagę. I oczywiście, jeśli możecie się tu pojawić, będziecie obsypani piwem w naszym barze.

Możecie się ze mną skontaktować na Twitterze @nycfirm lub przez maila: crap@nycfirm.net, lub możecie się skontaktować z NYCFC Antifascists (którym nie kieruję, ale jest prowadzony przez przyjaciół) na nycfcantifa@gmail.com i @nycfcantifa Twitter i nycfcantifa facebook.

Wielkie dzięki. Powodzenia w przyszłości!
Dzięki za szansę, żeby przesłać międzynarodowe pozdrowienia! 161, keep the faith!
– Thomas Miles