Będąc na dość długim urlopie w Barcelonie miałam okazję przyjrzeć się sportowemu klimatowi tego miasta. Bez wątpienia króluje tam kult Barcelony i faktem jest, że stolica Katalonii żyje meczami Barcy, że miasto nią żyje. Flagi powiewające z okien, wszechobecne gadżety, które można nabyć na każdym kroku, wszystko jest w barwach bordowo-granatowych. Jednak ta kultura kibicowania Barcelonie kończy się właśnie na tej fladze leżącej na parapecie, pójściu na mecz i założeniu klubowej czapeczki. Wokół samego stadionu żadnych vlepek, żadnego graffiti, żadnych oznak zaangażowanego kibicowskiego życia. Generalnie w całym mieście brak jakiejkolwiek działalności kibiców FCB. Nie znam dokładnie kibicowskiej historii fanów Dumy Katalonii, może kiedyś spontan i klimat ultras działał prężnie, ale w czasach obecnych podziwiać można tylko sponsorowane przez klub oprawy i nic poza tym.

Zupełnie inaczej prezentują się kibice innej lokalnej drużyny, Sant Andreu. Stadion mieści się zaraz przy wyjściu z metra w dzielnicy o takiej samej nazwie. Stojąc w pobliżu stadionu czuje się zupełnie inne wibracje, niż przy wielkim molochu Camp Nou. Niewielki i kameralny stadion sprawia wrażenie miejsca gościnnego i przyjaznego i tak właśnie jest. Dookoła stadionu porozklejane antyfaszystowskie vlepki i od razu wiemy z kim mamy tutaj do czynienia i jaką ekipą są lokalni ultrasi z Desperdicis. A są to ultrasi nieliczni, ale naprawdę dobrze zorganizowani, imprezowi, trzymający się jednak sztywno postawy antyfaszystowskiej i tematów wolnościowych. Desperdicis widać nie tylko wokół stadionu, ale również w całej Barcelonie. Klubowe vlepki dostrzec można praktycznie w każdej dzielnicy, a szczególnie w dzielnicy Santns, gdzie prężnie działa sekcja o tej samej nazwie. Na Sant Andreu nie ma dużo pieniędzy więc i oprawy są skromne, a flagi ekipa maluje sobie ręcznie. Widać jednak, że wszystko robione jest z pasją i w starym dobrym oldschool’owym stylu. Na meczu, na który dane mi było zawitać, nie było akurat zbyt dużo osób z ekipy, gdyż odbywał się protest związany z podwyżką cen karnetów i duża część ultrasów odpuściła sobie mecz tego dnia. Jednak to, co widziałam i przede wszystkim czułam, to 100% zabawy i klimatu Against Modern Football.

Jeżeli będzie Wam dane zahaczyć kiedyś o Barcelonę, to koniecznie uderzajcie na mecz. Nie ten wielki, który możecie obejrzeć sobie w tv, ale ten, którego w tv nie uświadczycie. Bilety po 5 euro, atmosfera nie do zapomnienia i co najważniejsze zero nacjonalistycznego gówna na trybunach.