Częściowo wyklarowała się sytuacja na Ukrainie. W stolicy powołano coś na wzór rządu tymczasowego. Ogłoszono również, że kasa państwa świeci pustkami i że może zabraknąć na wypłaty podstawowych świadczeń, takich jak renty i emerytury. Jakby tego było mało na horyzoncie pojawiły się inne zagrożenia w postaci starych i nowych, lecz coraz wyraźniej rysujących się podziałów społecznych. Na Krymie skupiają się one jak w soczewce. Z jednej strony mniejszość rosyjska domaga się większej autonomii, z drugiej zaś mnożą się anty-majdany z głównym postulatem powrotu Janukowycza do władzy, z trzeciej znów zwolennicy nowego prządku chcą zachować integralność terytorialną. Z kolei w samym Kijowie nacjonaliści z faszystowskimi hasłami na ustach ustawiają się w kolejce po teki ministerialne. Fatalna sytuacja społeczna i finansowa kraju oraz możliwość przedłużającego się stanu rzeczy z pewnością nie będzie sprzyjała stabilności państwowej.

Możemy jednak dziś z wysokim stopniem prawdopodobieństwa powiedzieć kto najbardziej skorzysta na politycznym przewrocie u naszego wschodniego sąsiada. Tym kimś jest Rosja. Popieranie przez Zachód „bezprawnego” buntu na Majdanie (odsyłam do mojego wcześniejszego wpisu pt. „Putinowski Zachód”) doprowadziło do niezamierzonej sytuacji geopolitycznej. Z jednej strony mamy teraz do czynienia z państwem, którego stabilność polityczna, finansowa oraz terytorialna stoi pod dużym znakiem zapytania, z drugiej zaś tuż za jego wschodnią granicą znajduje się autorytarny reżim o zapędach imperialnych. To dosyć osobliwy stan rzeczy, biorąc pod uwagę, że jeszcze ponad dwa miesiące temu UE negocjowała z Ukrainą podpisanie traktatu stowarzyszeniowego w ramach programu Partnerstwa Wschodniego. Jeśli nasz wschodni sąsiad rzeczywiście wkroczy w fazę permanentnego rozchwiania, to wówczas Rosja będzie miała – ba! już ma! – całkiem konkretne powody, by obawiać się o bezpieczeństwo swojej mniejszość na Krymie oraz, w szerszej perspektywie, z pewnością będzie chciała zabezpieczyć swoją zachodnią rubież. Tak czy owak Putinowi nie zabraknie argumentów. Ale to tylko jedna możliwość. Moskwa może również zagrać podobnie jak Polska, nutą słowiańskiego braterstwa. To znaczy wezwać do międzynarodowej pomocy przy rozwiązaniu nawarstwiających się problemów na Ukrainie. Stworzyłoby to całkiem dogodny klimat do odbudowania utraconych wpływów w Kijowie. Niezależnie jednak od tego jaki scenariusz może się ziścić, zachowania polskich oraz zachodnich polityków dały Rosji zdecydowaną przewagę na froncie politycznym. Do przerwy, jeden do zera dla Putina, a przy piłce nadal jest Moskwa.

W jednym ze swoich artykułów S. Zizek, odnosząc się do wojny w Iraku, z której korzyść odniósł jedynie Iran, proponował żeby torturować Busha tak długo, aż się nie przyzna, że jest agentem pracującym na rzecz Teheranu. Podobną propozycję należałoby złożyć w Polsce. Trudno się bowiem nie oprzeć wrażeniu, że kiedy Putin zainteresowany był igrzyskami i wydawaniem 50 mld dolarów w Soczi, ktoś tutaj działał na jego korzyść. A o torturach można pomyśleć całkiem serio – zwłaszcza, że w Kiejkutach na Mazurach mamy doskonale przystosowany do tego ośrodek. O co tak naprawdę tutaj chodzi? Dlaczego nagle polscy „patrioci” stają się agentami działającymi na rzecz Moskwy? Wobec dwuznacznych konsekwencji dla wszystkich stron, jakie wyklarowały się po polskim poparciu dla Majdanu, nie pada żadna refleksja na temat tego, co się właściwie stało. Politycy zachowują się tak jakby jedyne ich zadanie polegało na ustosunkowaniu się do konfliktu, dokładnie tak jak pozuje się do zdjęcia. Nie ma mowy o błędach, czy weryfikacji własnych stanowisk. Cisza.

W tym bezustannym ustosunkowywaniu się, moralnej emfazie płynącej i z lewa i z prawa całe zło wyeksportowano w stronę Janukowycza, lecz wróciło ono niczym bumerang w postaci rosyjskich korzyści politycznych oraz narastających problemów społecznych na Ukrainie. Warto rozważyć, czy w tym zachowaniu nie odzwierciedla się pewien mit, którego jeszcze tak niedawno ofiarą regularnie padała Polska. Mianowicie, że słowiańskie zacofanie na Zachodzie tłumaczono potrzebą autorytarnego przywódcy oraz nieumiejętnością korzystania z dobrodziejstw demokracji liberalnej. Podobny schemat pragnie teraz zafundować Polska Ukraińcom wmawiając im, że jedynym źródłem ich nieszczęść i biedy był Janukowycz. Nie dostrzega się tutaj współudziału we własnej opresji. Polscy politycy jeżdżący z płomiennymi przemówieniami na Majdan wcale nie mieli na celu wsparcia czy też przekonania Ukraińców do czegokolwiek, chcieli przekonać nas i samych siebie do post-kolonialnej bajki, że architektura nowego porządku jaka nastąpiła po 1989 roku przyniosła dla nas wszystkich lepszą rzeczywistość, a jak będziemy pracować jeszcze ciężej to przyniesie nam jeszcze lepszą przyszłość. W tym sensie sytuacja na Ukrainie staje się kolejną beznadziejną próbą uprawomocnienia miejsca polski w kapitalistycznym centrum. Świadczy o tym choćby sposób w jaki projektujemy bieg wydarzeń u naszego wschodniego sąsiada na naszą historię, umieszczając ją w 1989 roku. Zapomina się jednak o tym, że dziś nie ma już imperium zła, tylko równie opresyjny globalny kapitalizm. Wbrew temu, w wypowiedziach publicystów pobrzmiewają w najlepsze zimnowojenne kategorie. Nie dopuszczają oni nawet myśli, że to, co dzieje się na Ukrainie może stać się naszą przyszłością. Choć przecież taka logika byłaby o wiele bardziej uzasadniona. Niemożność rozpoznania tej sytuacji potwierdza z jednej strony wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że Sikorski w trakcie negocjacji stanął po stronie Berkutu, z drugiej zaś fantazje PO-wców o pokojowym noblu dla ministra. Polska myśl polityczna błądzi pomiędzy pragnieniem uznania na Zachodzie a pragnieniem potwierdzenia swojej wyższości na Wschodzie. To między innymi dlatego prawica jest tak obłudna, na Majdanie potrafi głosić hasła pro-europejskie, podczas gdy u siebie jest jawnie anty-unijna, może oskarżać Rosję o autorytaryzm, podczas gdy dwie największe prawicowe partie w Polsce są w rzeczywistości partiami wodzowskimi. Jak pisała Maria Janion:

Jesteśmy krajem postkolonialnym, który jednocześnie – co się nie raz zdarza – odczuwa wyższość wobec swojego kolonizatora – Rosji. W tym punkcie czuliśmy się i czujemy Europą zmagającą się z azjatyckim barbarzyństwem. Jako prawdziwi łacińscy, katoliccy, śródziemnomorscy Europejczycy nie możemy za bardzo utożsamiać się ze Słowiańszczyzną, bo to by nas zbliżało do »gorszości« Rosji. Ale będąc krajem postkolonialnym nie jesteśmy przecież prawdziwymi Europejczykami bo – jako Słowianie – jesteśmy wobec nich wtórni, bo odbiło się na nas rosyjsko-słowiańskie skundlenie. Byliśmy jednocześnie krajem kolonialnym i to kolonializującym pobratymcom Słowiańszczyznę. Do dziś odczuwamy wyższość, ale i jakieś pokrewieństwo z jej »niższością«. [M. Janion, Niesamowita słowiańszczyzna, s. 328].

Ustalmy coś, na strategiczne potrzeby naszego podwórka; Europa jest tam gdzie walczy się z wyzyskiem. Polscy politycy i my wszyscy powinniśmy starać się czytać rzeczywistość nie przez pryzmat wspaniałych idei, lecz przez pęknięcia historyczne w rozumieniu naszego własnego położenia.