Poranek w stolicy nie był obiecujący. Za oknem szaro, buro i deszczowo. Gdy szykowałam się do wyjścia, w myślach przewijało się tylko ciągle jedno słowo: „ulewa”, przeczytane gdzieś tam, na jakiejś zaufanej stronie z pogodą. Ulewa we Wrocławiu.

Warszawa zamówionym autokarem ruszyła pomimo deszczu na paradę. Podróż trwała około sześciu godzin. W drodze awaria i obawa, że jednak nie dotrzemy. Trudno bowiem było zlokalizować przyczynę wydobywania się spod jednego z siedzeń dymu o wątpliwie przyjemnym zapachu. Sytuacja została opanowana, podróż się dłużyła, ale było warto. Toruń trenuje nawet w deszcz, za to Wrocław demonstruje nawet w ulewę! Szczęście, że na czas demonstracji deszcz trochę odpuścił.

Zza zaparowanych szyb autokaru, podczas poszukiwania miejsca do postoju, zdążyliśmy dostrzec wiele nie cieszących nas napisów na murach. Część była przekreślona, część zamazana, a część przekreślona wielokrotnie, część niestety nawet nie ruszona. Poczynając od swastyk, przechodząc przez krzyże celtyckie, kończąc na szablonach NOP-u itp. Więc już po samych murach wnioskowaliśmy, że odnaleźć można tu zarówno bratnie dusze, jak i te, które naszymi braćmi chcieliby być o wiele mniej.

Mimo wszelkich przeciwności udało się przejść ulicami miasta i to w kilkusetosobowej grupie. Może faktycznie nie było tak wielu ludzi jak można się było spodziewać, może sama parada trochę się „rozłaziła” i nie trzymała szyku, może i ludzie nie bardzo mieli ochotę skandować, jednak przyszli i wyszli na ulice miasta. Udowodnili, że pomimo zastraszania nie ulegają i nie pozwolą na dominację ludzi przesiąkniętych nienawiścią i ksenofobią.

Liczna obecność „czarnego plutonu, którego jedyne naboje to naboje miłości” (taki padł komentarz ze strony prowadzących, gdy biegliśmy osłaniać tylną flagę) spowodowała, że demonstracja była bardziej czarna niż kolorowa, ale nie jest to dla nas coś co by nas martwiło, a wręcz przeciwnie. Cieszyła nas obecność tak wielu aktywistów i aktywistek!

Przemokłam, przemokliśmy, wszyscy przemokli do suchej nitki, ale było nam ciepło od atmosfery marszu, od rytmów wygrywanych przez sambę i pozytywnej muzyki, której może trochę za dużo, bo aż trzy platformy jechały na paradzie, ale można było posłuchać podczas demonstracji. Teatr Ognia Osculum Ignis skutecznie rozgrzał zmarzniętą trochę przemoknięciem atmosferę, dając popis swoich kuglarskich umiejętności ubranych w prawdziwie teatralną szatę.

Koncert również był bardzo przyjemną częścią całej imprezy. Spotkaliśmy bardzo wiele pozytywnych osób, a nudzić się nie było po prostu możliwości. Zabawa trwała do białego rana. O godzinie piątej wychodziliśmy na busa, a impreza wciąż kręciła się w najlepsze.

Miło było zademonstrować swój sprzeciw wobec nietolerancji, a tym bardziej w mieście takim jak Wrocław, w którym niestety nacjonalizm ostatnimi czasy ma się całkiem dobrze. To właśnie tu ostatnio odbył się koncert neonazistowskich kapel pod szyldem „Żołnierzy Wyklętych”.

Pomimo paru minusów wydarzenie był bardzo udane. Wróciliśmy zmęczeni, ale usatysfakcjonowani. Ważne jest to, że nie dajemy się zastraszyć, i to właśnie daje nam wielką przewagę, Na demonstracji pojawiła się kilkunastoosobowa grupka naszych „ulubieńców” z prześcieradłem oszpeconym hasłem: „Zakaz pedałowania”, jednak nasza postawa nie pozwoliła im na dodatkowe prowokacje. O dziwo więc, obyło się bez awantur, a na paradzie pojawiło się nawet kilka rodzin z dziećmi – co bardzo nas cieszy, ponieważ świadczy o tym, iż, może powoli, ale w końcu, społeczeństwo otwiera oczy na problem faszyzmu w Polsce.

Antyfaszystowska Warszawa pozdrawia Wrocław!
M.