Wszystko to było dla nas braterstwem i przyjaźnią – taki romantyzm.

Historia wielkiego kibicowskiego konfliktu w Mińsku w relacjach świadków

0
1855

Historia wielkiego kibicowskiego konfliktu w relacjach świadków

MTZ RIPO to marka, która w kręgach antyfaszystowskich obrosła już legendą. Kibice tego mińskiego klubu mieli ogromny wkład w popularyzacji antyfaszystowskiego przekazu na trybunach Białorusi i nie tylko. Zrobili kawał dobrej roboty na wielu płaszczyznach i zadali przez lata wiele skutecznych ciosów tamtejszej skrajnej prawicy. Oczywiście nie oznacza to, że ustrzegli się wszystkich możliwych błędów i wszystko było różowo, niemniej jednak ich zasługi są oczywiste. Przez ostatnie kilka lat, szczególnie po ukraińskim Majdanie, białoruski reżim bardzo mocno wziął ich na celownik jako potencjalne zagrożenie dla porządku państwowego, razem zresztą z tamtejszym ruchem anarchistycznym. Zaczęły się bardzo poważne represje, ludzie lądowali w więzieniu za sprawy sprzed lat albo totalnie wymyslone tematy. Niedawno jeden z głównych prekursorów całej inicjatywy, Andrei, trafił za kraty za uderzenie w barze pijanego prawicowca i grozi mu nawet 6 lat więzienia. Tym bardziej cała opisywana historia warta jest przeczytania.


Futbol na początku tysiąclecia był zupełnie inny. Obecnie, po latach, ludzie, którzy zdzierali gardła i do krwi obijali pięści za swój rodzimy klub, wspowminają tamte czasy z uśmiechem. Jakie to były czasy…. Oczy płonęły. Pięści swędziały. Wróg był zuchwały. Dwutysięczne – to czas wielkiego konfliktu, kiedy na trybunach pojawiła się nowa siła. Szalone bójki, wojna ideologiczna, niewiarygodne historie – z uczestnikami wydarzeń wspominamy ciemną stronę futbolu lat dwutysięcznych.
Dawno temu w białoruskiej piłce miały miejsce dziwne wydarzenia. I tak, na przykład legendarny 2000 rok: BATE nie zdobyło mistrza. Było tak: na przełomie tysiącleci mistrzostwo zdobyła mozyrska Sławia z komfortową przewagą 10 punktów. Dwie porażki na trzydzieści meczów, 78 strzelonych goli. Ogólnie ciekawy mistrzowski sezon.
Roman Wasiluk – opoka ojczystego futbolu – nastrzelał w Sławii 31 goli i został najlepszym napastnikiem sezonu. Frekwencja sięgnęła wtedy ponad 735 tysięcy widzów. Po 17 latach ta liczba spadła do 483 tysięcy, a najlepszy napastnik – Michaił Gordiejczuk- strzelił w sezonie 18 goli. Ale to zupełnie inna historia.
Wracamy do kipiącego kotła piłkarskich i około piłkarskich emocji, gdzie kilka lat później powstał duży konflikt, który w 2009 roku rozlał się w wielkie pobojowisko w samym centrum Mińska – jak wiadomo najcichszego i najspokojniejszego miasta w poznanej części Wszechświata.
Wszystkie role na białoruskich trybunach na początku wieku były już rozpisane. Na stadiony chodzili prawicowi chuligani, największe ekipy były u mohylewskiego Dniepra, Homla, mińskich Dynamo i Torpedo-MAZ – oni rozstrzygali wszystko między sobą. Ale ideologicznego konfliktu tam się nie widziało: był to wyłącznie chuligański temat, charakterystyczny dla każdego kraju, w którym jest choćby najmniejsza zajawka na futbol.
Trwało to do czasu, kiedy w Białorusi pojawił się nowy klub, a na trybuny przyszli nowi ludzie. Rosnąca w siłę antyfaszystowska subkultura zebrała się na stadionie MTZ-RIPO i szybko została groźnym przeciwnikiem prawackich chuliganów z innych klubów. Rozpoczęła się wielka wojna.
Ignat i Ilja (imiona zmienione) byli jednymi z pierwszych, którzy przyszli na sektor MTZ-RIPO – klubu fabryki traktorów, który w ciągu dwóch lat przeszedł drogę z drugiej ligi do ekstraklasy. Lewacy przyszli na trybuny w 2003 roku i pozostali tam do rozpadu klubu
– Wielu lubiło piłkę nożną, ale mieli swój pogląd na to, jaka powinna być kibicowska subkultura. – mówi Ignat.-Wtedy na trybunach byli tylko naziole. Nasza subkultura już okrzepła, tylko nie chodziliśmy na mecze, chociaż wiedzieliśmy, że w innych krajach ludzie chodzą. Po latach 90-tych było ostro. Ty, uczeń, przychodzisz na mecz, a tam dookoła swastyki i krzyże celtyckie. To oczywiście zaostrzało sytuację. Do tego słuchaliśmy muzyki, chodziliśmy na koncerty, a jacyś idioci nie dawali nam się bawić.
Nie tylko nie dawali – kontynuuje Ilja – Od 14 roku życia chodziłem na koncerty typu ‘Rock na wakacjach” i tam zaczynali pojawiać się hailujący. To już wtedy kłuło w oczy: no bo zdawało się, skąd oni mogli się wziąć w Białorusi? Potem zacząłem chodzić na punkowe koncerty, a naziole pojawiali się tam, żeby lać za długie włosy i zabierać kasę na chlanie. To już przekraczało wszelkie granice.

W 2004 roku klub dostał się do ekstraklasy. Fakt, że zadebiutowali tam niezbyt szczęśliwie i ledwie uniknęli degradacji do pierwszej ligi. Tym niemniej klubowy sektor ujawnił się. I chociaż początkowo wywoływał tylko pobłażliwe uśmiechy przeciwników to szybko zaczęli się z nim liczyć. MTZ-RIPO – klub zakładowy fabryki traktorów, oficjalnie proletariacki, w zupełności odpowiadał ideologii lewicowych skinheadów z klasy robotniczej. Ktoś sam pracował w MTZ i zwalniał się z pracy na mecze, u innych rodzice przestali całe życie przy maszynie. Ogólnie klub okazał się kanonicznym dla formowania kibicowskiej subkultury.
– Kiedy pojawiliśmy się na sektorze MTZ-RIPO, wszyscy myśleli, że to czasowe zjawisko. W tamtym momencie istniały już takie ekipy Homel, Dniepr-Transmasz, BATE, Torpedo-Żodino. Chcieliśmy przełamać sytuację na trybunach. Dookoła było wielu ludzi nie dających żyć innym: ani raperom, ani punkom – nikomu. Po to żeby im nastukać zbierali się wszyscy-granice zacierały się. Początkowo w internecie było pełno gróźb: Przygotujcie się, w tym roku rozwiązujemy klub MTZ-RIPO…
Klub uporczywie nie chciał się rozwiązać. Mało tego, w 2005 r. drużyna została brązowym medalistą krajowych rozgrywek, zostawiając z tyłu żodińskie Torpedo i BATE. Sukcesy drużyny przyciągnęły na stadiom więcej kibiców i w tym roku, na finał pucharu, na trybunę MTZ-RIPO przyszło ponad 100 ludzi. To była już siła, z którą należało się liczyć.



„Siły nierówne, jednemu z naszych łamią kręgosłup, ludzie lądują w szpitalu z okaleczeniami”
Igor jest kibicem mińskiego Dynamo z długim stażem. Wspomina moment, w którym pierwszy raz zobaczył sektor przeklętego wroga:
Pamiętam, że kiedy MTZ-RIPO dostał się do ekstraklasy i były pierwsze derby, byłem jeszcze studentem. Nie było pieniędzy i poszedłem obejrzeć mecz na sławną górkę – za sektorem gości. Widziałem co sobą przedstawiał pierwszy derbowy sektor MTZ : był tam jeden całkiem spory chłopak i kupa dziewczyn. Jeszcze pośmialiśmy się ze znajomym z tej sytuacji. Wtedy nikt nie zwrócił na nich specjalnej uwagi ponieważ mieliśmy lokalną kosę z mińskim Torpedo. Trybuna MTZ drażniła młode ekipy kibicowskie, które potrzebowały potwierdzić swoje znaczenie w środowisku. Z czasem MTZ-RIPO zostali naszym oficjalnym i głównym wrogiem.
W tamtych czasach trybuna mińskiego Dynamo, na meczach większego znaczenia, zapełniała się tysiącami kibiców. Wiadomo, że siły były nierówne. I niektórzy nawet dziwili się brawurze garstki lewaków, dających radę dotrzeć na stadion.
Młyn Dynama liczył od 500 do 2000 kibiców w zależności od przeciwnika, z którym grał klub. Byli to zarówno młodzi jak i dorośli kibice, wśród których istniała określona hierarchia. Szanowani byli ludzie z dużą liczbą meczów wyjazdowych, w tym zagranicznych. Jeśli byleś młody to proszę bardzo – idź na przód i pokaż co potrafisz. Trzeba było zapracować na respekt. Bywało, że i swojemu zabierali szalik, jeśli nie miał prawa go nosić, miał na koncie mało wyjazdów. Jeżeli podchodzili i mówili: „młody, nie masz prawa nosić szala” – a ty bez problemu oddawałeś, traciłeś zaufanie. Jeżeli spróbowałeś obronić szalik, utrzymać go, nie oddać – wtedy ciebie szanowali. Wiadomo, że jak podchodzi do ciebie pięciu to nie masz specjalnych szans, ale ważne było pokazanie, że nie oddasz go po dobroci. Znaczy, że się nie boisz. Młyn był duży, byli w nim ludzie zarówno z bogatych rodzin jak i wprost przeciwnie. I odpowiednio jedni mieli szale, a innych nie było na nie stać. Zwyczajną sprawą było zabranie szalika syneczkowi mamusi i wiadomo było, że z takiego człowieka nie będzie kibica. Przyszedł, stracił szal i więcej się nie pokazał. Wprowadzało to dyscyplinę, ludzie rozumieli o co chodzi. Ja miałem szczęście, bo spodobałem się jednemu człowiekowi z dużą liczbą wyjazdów na koncie i wziął mnie pod swoje skrzydła – nie było żadnych pytań.
Nie przeszkadzało mi to, że na trybunę chodzą prawicowcy. Trzeba zrozumieć, że tam było mnóstwo ludzi ogarniętych ideologicznie. Wszyscy doskonale wszystko rozumieli. Tym niemniej nikt ciebie nie zmuszał do bycia „prawakiem”. Jeżeli lubiłeś piłkę i klub spokojnie mogłeś powiedzieć, że jesteś apolityczny. I nikt za to nawet by na ciebie krzywo nie spojrzał. Najważniejsze to wsparcie klubu, a dopiero potem poglądy.
Początkowo chuligani Dynama czuli się jedynymi gospodarzami sytuacji. Lewicowcy byli w mniejszości i nie mogli przeciwdziałać tej sile.
– Przyznać trzeba, że dostawaliśmy okrutnie – wspomina Ignat. – Leciały kosze na śmieci, ławki. W Mińsku był cudowny lokal, „Maksi-Bis”, i tam dosłownie raz w tygodniu coś się działo. Oni byli starsi, mocniejsi… Przyjeżdżasz po prostu na Niemigę (turystyczny rejon Mińska – przyp. 161Crew) i raz w miesiącu komuś spuszczasz tam wpierdol, a raz na pół roku sam dostajesz. I trwało to non stop. Pięciu na pięciu, siedmiu na dwóch, czterech na trzech – jak się uda. Jeśli były czyjeś urodziny to szesnastu na pięciu. Zdarzało się bić dwa razy dziennie. Kiedyś przyszliśmy do baru świętować urodziny i tam położyliśmy miejscowych chłopaków w skórach, potem poszliśmy chlać do „Maksi-Bis” i zaczepiliśmy jakiegoś typa. Wezwał pomoc. Przyszły konkretne chłopaki.
Nic nas za te bójki nie spotykało – mówi Ilja. – Ich zabierali na milicję, a my po prostu szliśmy na mecz, oni nas atakowali – musieliśmy się bronić. I przez jakiś czas było to normą. To były szalone lata – zabawa, piwko, imprezy… Wyjazdy w trzy mordy: chłopaki jeździli do Czech we trzech, do Astany w ośmiu, tam niszczone były jakieś hotele. Wszyscy byli jeszcze dziećmi…
Około 2005 roku konflikt wszedł na zupełnie inny poziom. A niektóre starcia chuliganów miały ciężkie następstwa, z powodu których ich uczestnicy przestali chodzić na mecze.
-9 maja 2005 roku…Umawiamy się z jednym z ich liderów na spotkanie – opowiada Ilja
– Obiecuje, że przyjdzie ich dwóch. W rezultacie – setka ludzi, w tym z Rosji. Sił nierówne, jednemu z naszych łamią kręgosłup. Ludzie trafiają do szpitala z okaleczeniami. Niektórzy przestają po tym chodzić na mecze. A inni zapamiętują ten dzień i czekamy na możliwość oddania długu…
Jeszcze jedna akcja miała miejsce w klubie „Leo”, w czasie koncertu hardcorowego. Naziole przyszli tu z bronią. Ilja był jednym z uczestników wydarzeń i zapamiętał ten dzień na zawsze.
– Mocno pocięli mnie na koncercie w klubie Leo. Przyszli tam ludzie pod wodzą jednego typa z Dynamo. Zebrał jakichś ludzi, rozdał im noże, a oni przyszli nas zabijać. Sam w tym nie uczestniczył. Oni nie przyszli się bić, oni przyszli konkretnie po to, żeby zabić. To było brutalne, nikt czegoś takiego nie oczekiwał. Żeby tak zwyczajnie przyjść zabić człowieka…Do tej pory tego nie rozumiem. 2005 rok , jakaś akcja z nożami. Po tym wypadku długo dochodziłem do siebie. Krwią było tam zalane wszystko dokoła – myślałem, że nie dowiozą mnie do szpitala. Pierwsza karetka przyjechała do chłopaka, który dostał w plecy. A ja trzymałem w rękach własne jelita i trochę spanikowałem. Było trochę strasznie. Ale potem spłaciłem im wiele długów – śmieje się Ilja.
Igor w tym czasie rzadko spotyka chuliganów Dynamo i według jego słów sytuacja nie wyglądała na tak katastroficzną.
– Bardziej interesowałem się aspektem kibicowskim, zawsze ciągnęło mnie na stadion, dać ujście adrenalinie, pojechać do innego miasta – przyjaznego lub nie – albo do innego kraju, jeśli finanse pozwalały. Podobała mi się cała ta atmosfera. Od czasu do czasu spotykaliśmy chuliganów: zdarzały się jakieś wspólne akcje, były tam też obecne chuligańskie tematy, kiedy weszło się do kręgu zaufania. Można było z nimi spokojnie posiedzieć i napić się piwa. Oczywiście o pewnych sprawach nikt mi nie opowiadał, nie pomagały tu nawet dobre stosunki, ale w sumie środowisko było dosyć małe i jeśli bardzo się postarać to można było się wszystkiego dowiedzieć.
Z chuliganami MTZ-RIPO zaczęli liczyć się w 2006 roku, ponieważ zaczęli rozumieć: rosną w siłę – nie można ich ignorować, przyjeżdżają do nich ludzie z Moskwy. I to ich ciekawiło. Rosła interesująca siła, którą atakowali dowiadując się w jakich klubach imprezują. Zarówno młodzież jak i doświadczeni hoolsi zaczęli rozumieć, że z tymi ludźmi trzeba jakoś walczyć. To był już konkretny przeciwnik.

Metody były całkiem proste. Dowiadywali się, ze w jakimś klubie bawią się na koncercie. Jechali tam ludzie, którzy wpadali na imprezę. Albo wiedzieli, ze w jakimś miejscu zbierają się ludzie, jechali tam i im przeszkadzali. Dokładnie tak samo odbywało to się z tamtej strony. O ile pamiętam brutalnych wjazdów z masowym trafianiem ludzi do szpitala nie było wcale tak wiele. Wjeżdżali, spuszczali lekki wpierdol typu złamane nosy i podbite oczy a potem odjeżdżali. Przypadki takie jak w klubie „Leo” były wyjątkowe.
Igor odmawia skomentowania wydarzeń w klubie.



Z lekka płonął – leciał po Grodnie jak trafiony messerschmitt.

Nie należy myśleć, że kibice MTZ-RIPO byli ofiarami. Jak tylko uformował się rdzeń chuliganów, zaczęły się wjazdy na wrogie terytorium. A gdzie wjazdy tam i starcia.
Pierwszy mój wyjazd był do Grodna – wspomina Ilja. – To bratnie miasta, tam zawsze była kupa przyjaciół – ludzi, którzy nas wspierali. Do tego zawsze był tam jakiś przykry, kołchozowy ruch (kibicowski-red. 161Crew): dostawali wpierdol, a potem wypisywali bzdury o polskim tabletkach, które mieli łykać kibice MTZ-RIPO. Nie rozumieli jak w pięciu można położyć dwudziestu chłopa. Przecież to niemożliwe!
Któregoś razu pojechaliśmy do Grodna. Był to klasyczny wyjazd: całą noc gnijesz w pociągu, przyjeżdżasz – OMON, zdarza się ze spotykasz przeciwnika, kogoś zawijają. Pociągami zawsze jeździła gotowa na wszystko ekipa. I kiedyś wydarzyła się historia z „brestami” (kibice Dynamo Brześć). W tym czasie siedziałem już pijany w barze. A przyjechali, specjalnie żeby nam przeszkadzać, chłopaki z Kobrynia i Brześcia z jakimiś racami. Nasza ekipa poszła do sklepu kupić alko – była dziesiąta rano. Same centrum Grodna i oni nagle jakimś cudem materializują się. Wychodzimy ze sklepu z wódką a oni stoją wściekli, gotowi do awantury. Dostali konkretny wpierdol, któryś z nich rzucił w nas racą – w rezultacie wsunęliśmy mu tą racę pod kurtkę, z lekka płonął – leciał po Grodnie jak trafiony messerschmitt. Potem długo sapali na forum jacy to jesteśmy niehonorowi. I to było fantastyczne. W 2009 roku siły się wyrównały Ludzie tyle godzin jechali z Brześcia do Grodna, tylko po to, żeby dostać dziki wpierdol.

Po krótkim czasie o MTZ-RIPO wiedzieli już wszyscy. Na mieście zaczęły się pojawiać wymalowane sprayem napisy MRFC. Starcia stawały się coraz większe, a bójek było tyle, że ich uczestnicy nie są w stanie przypomnieć sobie wszystkich. W awanturach brali udział nie tylko chuligani, ale tez zwykli kibice.
W 2009 roku siły się wyrównały – wspomina Igor. – Przeciwnik urósł w siłę i w niektórych przypadkach udawało mu się obronić. To rozdrażniało ludzi. Jak to? Przed nami się obronili? Powinniśmy pokazać, że to tylko przypadek. Powodowało to zwiększenie chęci do treningów i pokazania, że tak dalej nie ma prawa być. Strona przeciwna udowadniała coś innego.
Brałem udział w awanturach. Zasadniczo odbywało się to według prostego schematu: w grupie ludzie wychodziliśmy z lokalu i czekał już na nas przeciwnik. Ale dzięki bogu poważnie nigdy nie dostałem. Albo miałem tak dobrych znajomych, albo wysyłanie nas do szpitala nie było ich zadaniem.



Uciekli ich liderzy i to było żałosne

W 2009 roku typowo subkulturowe konflikty, które tylko niekiedy przykuwały uwagę ogółu społeczeństwa, dwa razy trafiły do wszystkich programów informacyjnych. W tym czasie doszło do dwóch największych starć chuliganów: najpierw koło stacji metro „Mogilewskaja”, a potem obok Domu Miłosierdzia. Awantury stawały się coraz poważniejsze, ludzie zaczynali trenować, żeby móc bronić się przed wrogiem.
– W którymś momencie Dynamo postanowiło wejść na drogę sportową, stworzyli ekipę według polskich wzorców. Wpierdolu nikt nie chciał zaliczać, wiec u nas też zaczęły się sale treningowe, pojawili się mistrzowie kraju, zdobywcy pucharów Europy – w ekipie byli bardzo konkretni ludzie. Przy czym nie byli to „dopisani” sportowcy, a pełnoprawni uczestnicy ruchu, którzy wyrośli z punków – opowiada Ignat.
Do wielkiego starcia doszło obok stacji metro „Mogilewskaja” przed meczem z klubem FK Mińsk.
-Wyszliśmy z metra i wtedy ich zobaczyliśmy – wspomina Ignat. – Czekali na nas. Ich wodzowie popełni poważny błąd: ciągle twierdzili, że Antifa to geje, narkomani i w ogóle podludzie. I oni naprawdę pielęgnowali ten pogląd. Ale gdy tylko napotkali godnych siebie przeciwników…Trzeba było widzieć ich twarze. Dorośliśmy, potrenowaliśmy i po prostu ich zniszczyliśmy. Nie znaleźli nawet w sobie siły, żeby paść i zwyczajnie uciekli. Uciekli ich liderzy i to było żałosne.
Kolejną masową bójkę nazywa się najagresywniejszą i najbardziej epicką w historii białoruskich hoolsów. W mediach opisywali ją tak: „Młodzi ludzie wcześniej ustalili warunki starcia: po dwudziestu ludzi z każdej strony. Ale zebrało się znacznie więcej kibiców. Trzema autobusami przyjechało do Mińska około 50 kibiców brzeskiego Dynamo. Na miejsce stawiła się tez podobna liczba mińskiego klubu”.
A tak opisują starcie jego uczestnicy:
– Nie było niczego brutalniejszego. Osobiście odciągałem ludzi, bo tam już były półtrupy. Poziom przemocy wzrósł do tego stopnia…Do tego w ogóle nie powinno dojść. Były tam ustalone konkretne warunki i wszystko zaczęło się zupełnie przypadkowo . Przyszli nas zniszczyć, zebrała się cała śmietanka. I jeśli przy „Mogilewskiej” po prostu dostali wpierdol, to koło Domu Miłosierdzia była masakra. Według oficjalnych danych 20 osób trafiło do szpitala. Rany były poważne: niektórzy przestali po tym chodzić na mecze. Naprawdę ciesze się, że nikt nie zginął. Dla nazioli była to klęska i upadek całego ich ruchu. Potem jeszcze się miotali i nadymali. Mówili, że przyszliśmy z bronią palną. Ale po tygodniu pojawiło się video i wyszła ich kompromitacja. Bez przytomności leżało na ziemi piętnaście osób, pozostali uciekli. Było dużo milicji, wielu zawinęli. Ale więcej niż trzy doby nikt nie siedział.
W 2010 roku klub MTZ-RIPO został Partizanem i w tym samym roku spadł do pierwszej ligi. Po roku wrócił do ekstraklasy, ale główny sponsor odmówił dalszego finansowania klubu. W tym samym roku klub odrodził się dzięki kibicom i rozpoczął grę w drugiej lidze. We wrześniu 2014 roku klub zrezygnował z rozgrywek i został rozwiązany w związku z brakiem pieniędzy.
Chodziliśmy na trybunę od 2003 do 2014 r., zostawialiśmy tam pieniądze i zdrowie. Tak, byliśmy młodzi – chcieliśmy się bić, ale chcieliśmy też chodzić na mecze – mówi Ignat. Wszystko to było dla nas braterstwem i przyjaźnią – taki romantyzm. To były wspaniałe czasy!
W nowym dziesięcioleciu pojawiły się nowe problemy, nowe konflikty i nowe wyzwania. Ale to już zupełnie inna historia.
Źródło: https://people.onliner.by/2018/10/17/millenium-7

minają tamte czasy z uśmiechem. Jakie to były czasy…. Oczy płonęły. Pięści swędziały. Wróg był zuchwały. Dwutysięczne – to czas wielkiego konfliktu, kiedy na trybunach pojawiła się nowa siła. Szalone bójki, wojna ideologiczna, niewiarygodne historie – z uczestnikami wydarzeń wspominamy ciemną stronę futbolu lat dwutysięcznych.
Dawno temu w białoruskiej piłce miały miejsce dziwne wydarzenia. I tak, na przykład legendarny 2000 rok: BATE nie zdobyło mistrza. Było tak: na przełomie tysiącleci mistrzostwo zdobyła mozyrska Sławia z komfortową przewagą 10 punktów. Dwie porażki na trzydzieści meczów, 78 strzelonych goli. Ogólnie ciekawy mistrzowski sezon.
Roman Wasiluk – opoka ojczystego futbolu – nastrzelał w Sławii 31 goli i został najlepszym napastnikiem sezonu. Frekwencja sięgnęła wtedy ponad 735 tysięcy widzów. Po 17 latach ta liczba spadła do 483 tysięcy, a najlepszy napastnik – Michaił Gordiejczuk- strzelił w sezonie 18 goli. Ale to zupełnie inna historia.
Wracamy do kipiącego kotła piłkarskich i około piłkarskich emocji, gdzie kilka lat później powstał duży konflikt, który w 2009 roku rozlał się w wielkie pobojowisko w samym centrum Mińska – jak wiadomo najcichszego i najspokojniejszego miasta w poznanej części Wszechświata.
Wszystkie role na białoruskich trybunach na początku wieku były już rozpisane. Na stadiony chodzili prawicowi chuligani, największe ekipy były u mohylewskiego Dniepra, Homla, mińskich Dynamo i Torpedo-MAZ – oni rozstrzygali wszystko między sobą. Ale ideologicznego konfliktu tam się nie widziało: był to wyłącznie chuligański temat, charakterystyczny dla każdego kraju, w którym jest choćby najmniejsza zajawka na futbol.
Trwało to do czasu, kiedy w Białorusi pojawił się nowy klub, a na trybuny przyszli nowi ludzie. Rosnąca w siłę antyfaszystowska subkultura zebrała się na stadionie MTZ-RIPO i szybko została groźnym przeciwnikiem prawackich chuliganów z innych klubów. Rozpoczęła się wielka wojna.
Ignat i Ilja (imiona zmienione) byli jednymi z pierwszych, którzy przyszli na sektor MTZ-RIPO – klubu fabryki traktorów, który w ciągu dwóch lat przeszedł drogę z drugiej ligi do ekstraklasy. Lewacy przyszli na trybuny w 2003 roku i pozostali tam do rozpadu klubu
– Wielu lubiło piłkę nożną, ale mieli swój pogląd na to, jaka powinna być kibicowska subkultura. – mówi Ignat.-Wtedy na trybunach byli tylko naziole. Nasza subkultura już okrzepła, tylko nie chodziliśmy na mecze, chociaż wiedzieliśmy, że w innych krajach ludzie chodzą. Po latach 90-tych było ostro. Ty, uczeń, przychodzisz na mecz, a tam dookoła swastyki i krzyże celtyckie. To oczywiście zaostrzało sytuację. Do tego słuchaliśmy muzyki, chodziliśmy na koncerty, a jacyś idioci nie dawali nam się bawić.
Nie tylko nie dawali – kontynuuje Ilja – Od 14 roku życia chodziłem na koncerty typu ‘Rock na wakacjach” i tam zaczynali pojawiać się hailujący. To już wtedy kłuło w oczy: no bo zdawało się, skąd oni mogli się wziąć w Białorusi? Potem zacząłem chodzić na punkowe koncerty, a naziole pojawiali się tam, żeby lać za długie włosy i zabierać kasę na chlanie. To już przekraczało wszelkie granice.

W 2004 roku klub dostał się do ekstraklasy. Fakt, że zadebiutowali tam niezbyt szczęśliwie i ledwie uniknęli degradacji do pierwszej ligi. Tym niemniej klubowy sektor ujawnił się. I chociaż początkowo wywoływał tylko pobłażliwe uśmiechy przeciwników to szybko zaczęli się z nim liczyć. MTZ-RIPO – klub zakładowy fabryki traktorów, oficjalnie proletariacki, w zupełności odpowiadał ideologii lewicowych skinheadów z klasy robotniczej. Ktoś sam pracował w MTZ i zwalniał się z pracy na mecze, u innych rodzice przestali całe życie przy maszynie. Ogólnie klub okazał się kanonicznym dla formowania kibicowskiej subkultury.
– Kiedy pojawiliśmy się na sektorze MTZ-RIPO, wszyscy myśleli, że to czasowe zjawisko. W tamtym momencie istniały już takie ekipy Homel, Dniepr-Transmasz, BATE, Torpedo-Żodino. Chcieliśmy przełamać sytuację na trybunach. Dookoła było wielu ludzi nie dających żyć innym: ani raperom, ani punkom – nikomu. Po to żeby im nastukać zbierali się wszyscy-granice zacierały się. Początkowo w internecie było pełno gróźb: Przygotujcie się, w tym roku rozwiązujemy klub MTZ-RIPO…
Klub uporczywie nie chciał się rozwiązać. Mało tego, w 2005 r. drużyna została brązowym medalistą krajowych rozgrywek, zostawiając z tyłu żodińskie Torpedo i BATE. Sukcesy drużyny przyciągnęły na stadiom więcej kibiców i w tym roku, na finał pucharu, na trybunę MTZ-RIPO przyszło ponad 100 ludzi. To była już siła, z którą należało się liczyć.

„Siły nierówne, jednemu z naszych łamią kręgosłup, ludzie lądują w szpitalu z okaleczeniami”
Igor jest kibicem mińskiego Dynamo z długim stażem. Wspomina moment, w którym pierwszy raz zobaczył sektor przeklętego wroga:
Pamiętam, że kiedy MTZ-RIPO dostał się do ekstraklasy i były pierwsze derby, byłem jeszcze studentem. Nie było pieniędzy i poszedłem obejrzeć mecz na sławną górkę – za sektorem gości. Widziałem co sobą przedstawiał pierwszy derbowy sektor MTZ : był tam jeden całkiem spory chłopak i kupa dziewczyn. Jeszcze pośmialiśmy się ze znajomym z tej sytuacji. Wtedy nikt nie zwrócił na nich specjalnej uwagi ponieważ mieliśmy lokalną kosę z mińskim Torpedo. Trybuna MTZ drażniła młode ekipy kibicowskie, które potrzebowały potwierdzić swoje znaczenie w środowisku. Z czasem MTZ-RIPO zostali naszym oficjalnym i głównym wrogiem.
W tamtych czasach trybuna mińskiego Dynamo, na meczach większego znaczenia, zapełniała się tysiącami kibiców. Wiadomo, że siły były nierówne. I niektórzy nawet dziwili się brawurze garstki lewaków, dających radę dotrzeć na stadion.
Młyn Dynama liczył od 500 do 2000 kibiców w zależności od przeciwnika, z którym grał klub. Byli to zarówno młodzi jak i dorośli kibice, wśród których istniała określona hierarchia. Szanowani byli ludzie z dużą liczbą meczów wyjazdowych, w tym zagranicznych. Jeśli byleś młody to proszę bardzo – idź na przód i pokaż co potrafisz. Trzeba było zapracować na respekt. Bywało, że i swojemu zabierali szalik, jeśli nie miał prawa go nosić, miał na koncie mało wyjazdów. Jeżeli podchodzili i mówili: „młody, nie masz prawa nosić szala” – a ty bez problemu oddawałeś, traciłeś zaufanie. Jeżeli spróbowałeś obronić szalik, utrzymać go, nie oddać – wtedy ciebie szanowali. Wiadomo, że jak podchodzi do ciebie pięciu to nie masz specjalnych szans, ale ważne było pokazanie, że nie oddasz go po dobroci. Znaczy, że się nie boisz. Młyn był duży, byli w nim ludzie zarówno z bogatych rodzin jak i wprost przeciwnie. I odpowiednio jedni mieli szale, a innych nie było na nie stać. Zwyczajną sprawą było zabranie szalika syneczkowi mamusi i wiadomo było, że z takiego człowieka nie będzie kibica. Przyszedł, stracił szal i więcej się nie pokazał. Wprowadzało to dyscyplinę, ludzie rozumieli o co chodzi. Ja miałem szczęście, bo spodobałem się jednemu człowiekowi z dużą liczbą wyjazdów na koncie i wziął mnie pod swoje skrzydła – nie było żadnych pytań.
Nie przeszkadzało mi to, że na trybunę chodzą prawicowcy. Trzeba zrozumieć, że tam było mnóstwo ludzi ogarniętych ideologicznie. Wszyscy doskonale wszystko rozumieli. Tym niemniej nikt ciebie nie zmuszał do bycia „prawakiem”. Jeżeli lubiłeś piłkę i klub spokojnie mogłeś powiedzieć, że jesteś apolityczny. I nikt za to nawet by na ciebie krzywo nie spojrzał. Najważniejsze to wsparcie klubu, a dopiero potem poglądy.
Początkowo chuligani Dynama czuli się jedynymi gospodarzami sytuacji. Lewicowcy byli w mniejszości i nie mogli przeciwdziałać tej sile.
– Przyznać trzeba, że dostawaliśmy okrutnie – wspomina Ignat. – Leciały kosze na śmieci, ławki. W Mińsku był cudowny lokal, „Maksi-Bis”, i tam dosłownie raz w tygodniu coś się działo. Oni byli starsi, mocniejsi… Przyjeżdżasz po prostu na Niemigę (turystyczny rejon Mińska – przyp. 161Crew) i raz w miesiącu komuś spuszczasz tam wpierdol, a raz na pół roku sam dostajesz. I trwało to non stop. Pięciu na pięciu, siedmiu na dwóch, czterech na trzech – jak się uda. Jeśli były czyjeś urodziny to szesnastu na pięciu. Zdarzało się bić dwa razy dziennie. Kiedyś przyszliśmy do baru świętować urodziny i tam położyliśmy miejscowych chłopaków w skórach, potem poszliśmy chlać do „Maksi-Bis” i zaczepiliśmy jakiegoś typa. Wezwał pomoc. Przyszły konkretne chłopaki.
Nic nas za te bójki nie spotykało – mówi Ilja. – Ich zabierali na milicję, a my po prostu szliśmy na mecz, oni nas atakowali – musieliśmy się bronić. I przez jakiś czas było to normą. To były szalone lata – zabawa, piwko, imprezy… Wyjazdy w trzy mordy: chłopaki jeździli do Czech we trzech, do Astany w ośmiu, tam niszczone były jakieś hotele. Wszyscy byli jeszcze dziećmi…
Około 2005 roku konflikt wszedł na zupełnie inny poziom. A niektóre starcia chuliganów miały ciężkie następstwa, z powodu których ich uczestnicy przestali chodzić na mecze.
-9 maja 2005 roku…Umawiamy się z jednym z ich liderów na spotkanie – opowiada Ilja
– Obiecuje, że przyjdzie ich dwóch. W rezultacie – setka ludzi, w tym z Rosji. Sił nierówne, jednemu z naszych łamią kręgosłup. Ludzie trafiają do szpitala z okaleczeniami. Niektórzy przestają po tym chodzić na mecze. A inni zapamiętują ten dzień i czekamy na możliwość oddania długu…
Jeszcze jedna akcja miała miejsce w klubie „Leo”, w czasie koncertu hardcorowego. Naziole przyszli tu z bronią. Ilja był jednym z uczestników wydarzeń i zapamiętał ten dzień na zawsze.
– Mocno pocięli mnie na koncercie w klubie Leo. Przyszli tam ludzie pod wodzą jednego typa z Dynamo. Zebrał jakichś ludzi, rozdał im noże, a oni przyszli nas zabijać. Sam w tym nie uczestniczył. Oni nie przyszli się bić, oni przyszli konkretnie po to, żeby zabić. To było brutalne, nikt czegoś takiego nie oczekiwał. Żeby tak zwyczajnie przyjść zabić człowieka…Do tej pory tego nie rozumiem. 2005 rok , jakaś akcja z nożami. Po tym wypadku długo dochodziłem do siebie. Krwią było tam zalane wszystko dokoła – myślałem, że nie dowiozą mnie do szpitala. Pierwsza karetka przyjechała do chłopaka, który dostał w plecy. A ja trzymałem w rękach własne jelita i trochę spanikowałem. Było trochę strasznie. Ale potem spłaciłem im wiele długów – śmieje się Ilja.
Igor w tym czasie rzadko spotyka chuliganów Dynamo i według jego słów sytuacja nie wyglądała na tak katastroficzną.
– Bardziej interesowałem się aspektem kibicowskim, zawsze ciągnęło mnie na stadion, dać ujście adrenalinie, pojechać do innego miasta – przyjaznego lub nie – albo do innego kraju, jeśli finanse pozwalały. Podobała mi się cała ta atmosfera. Od czasu do czasu spotykaliśmy chuliganów: zdarzały się jakieś wspólne akcje, były tam też obecne chuligańskie tematy, kiedy weszło się do kręgu zaufania. Można było z nimi spokojnie posiedzieć i napić się piwa. Oczywiście o pewnych sprawach nikt mi nie opowiadał, nie pomagały tu nawet dobre stosunki, ale w sumie środowisko było dosyć małe i jeśli bardzo się postarać to można było się wszystkiego dowiedzieć.
Z chuliganami MTZ-RIPO zaczęli liczyć się w 2006 roku, ponieważ zaczęli rozumieć: rosną w siłę – nie można ich ignorować, przyjeżdżają do nich ludzie z Moskwy. I to ich ciekawiło. Rosła interesująca siła, którą atakowali dowiadując się w jakich klubach imprezują. Zarówno młodzież jak i doświadczeni hoolsi zaczęli rozumieć, że z tymi ludźmi trzeba jakoś walczyć. To był już konkretny przeciwnik.

Metody były całkiem proste. Dowiadywali się, ze w jakimś klubie bawią się na koncercie. Jechali tam ludzie, którzy wpadali na imprezę. Albo wiedzieli, ze w jakimś miejscu zbierają się ludzie, jechali tam i im przeszkadzali. Dokładnie tak samo odbywało to się z tamtej strony. O ile pamiętam brutalnych wjazdów z masowym trafianiem ludzi do szpitala nie było wcale tak wiele. Wjeżdżali, spuszczali lekki wpierdol typu złamane nosy i podbite oczy a potem odjeżdżali. Przypadki takie jak w klubie „Leo” były wyjątkowe.
Igor odmawia skomentowania wydarzeń w klubie.

Z lekka płonął – leciał po Grodnie jak trafiony messerschmitt.

Nie należy myśleć, że kibice MTZ-RIPO byli ofiarami. Jak tylko uformował się rdzeń chuliganów, zaczęły się wjazdy na wrogie terytorium. A gdzie wjazdy tam i starcia.
Pierwszy mój wyjazd był do Grodna – wspomina Ilja. – To bratnie miasta, tam zawsze była kupa przyjaciół – ludzi, którzy nas wspierali. Do tego zawsze był tam jakiś przykry, kołchozowy ruch (kibicowski-red. 161Crew): dostawali wpierdol, a potem wypisywali bzdury o polskim tabletkach, które mieli łykać kibice MTZ-RIPO. Nie rozumieli jak w pięciu można położyć dwudziestu chłopa. Przecież to niemożliwe!
Któregoś razu pojechaliśmy do Grodna. Był to klasyczny wyjazd: całą noc gnijesz w pociągu, przyjeżdżasz – OMON, zdarza się ze spotykasz przeciwnika, kogoś zawijają. Pociągami zawsze jeździła gotowa na wszystko ekipa. I kiedyś wydarzyła się historia z „brestami” (kibice Dynamo Brześć). W tym czasie siedziałem już pijany w barze. A przyjechali, specjalnie żeby nam przeszkadzać, chłopaki z Kobrynia i Brześcia z jakimiś racami. Nasza ekipa poszła do sklepu kupić alko – była dziesiąta rano. Same centrum Grodna i oni nagle jakimś cudem materializują się. Wychodzimy ze sklepu z wódką a oni stoją wściekli, gotowi do awantury. Dostali konkretny wpierdol, któryś z nich rzucił w nas racą – w rezultacie wsunęliśmy mu tą racę pod kurtkę, z lekka płonął – leciał po Grodnie jak trafiony messerschmitt. Potem długo sapali na forum jacy to jesteśmy niehonorowi. I to było fantastyczne. W 2009 roku siły się wyrównały Ludzie tyle godzin jechali z Brześcia do Grodna, tylko po to, żeby dostać dziki wpierdol.

Po krótkim czasie o MTZ-RIPO wiedzieli już wszyscy. Na mieście zaczęły się pojawiać wymalowane sprayem napisy MRFC. Starcia stawały się coraz większe, a bójek było tyle, że ich uczestnicy nie są w stanie przypomnieć sobie wszystkich. W awanturach brali udział nie tylko chuligani, ale tez zwykli kibice.
W 2009 roku siły się wyrównały – wspomina Igor. – Przeciwnik urósł w siłę i w niektórych przypadkach udawało mu się obronić. To rozdrażniało ludzi. Jak to? Przed nami się obronili? Powinniśmy pokazać, że to tylko przypadek. Powodowało to zwiększenie chęci do treningów i pokazania, że tak dalej nie ma prawa być. Strona przeciwna udowadniała coś innego.
Brałem udział w awanturach. Zasadniczo odbywało się to według prostego schematu: w grupie ludzie wychodziliśmy z lokalu i czekał już na nas przeciwnik. Ale dzięki bogu poważnie nigdy nie dostałem. Albo miałem tak dobrych znajomych, albo wysyłanie nas do szpitala nie było ich zadaniem.


Uciekli ich liderzy i to było żałosne

W 2009 roku typowo subkulturowe konflikty, które tylko niekiedy przykuwały uwagę ogółu społeczeństwa, dwa razy trafiły do wszystkich programów informacyjnych. W tym czasie doszło do dwóch największych starć chuliganów: najpierw koło stacji metro „Mogilewskaja”, a potem obok Domu Miłosierdzia. Awantury stawały się coraz poważniejsze, ludzie zaczynali trenować, żeby móc bronić się przed wrogiem.
– W którymś momencie Dynamo postanowiło wejść na drogę sportową, stworzyli ekipę według polskich wzorców. Wpierdolu nikt nie chciał zaliczać, wiec u nas też zaczęły się sale treningowe, pojawili się mistrzowie kraju, zdobywcy pucharów Europy – w ekipie byli bardzo konkretni ludzie. Przy czym nie byli to „dopisani” sportowcy, a pełnoprawni uczestnicy ruchu, którzy wyrośli z punków – opowiada Ignat.
Do wielkiego starcia doszło obok stacji metro „Mogilewskaja” przed meczem z klubem FK Mińsk.
-Wyszliśmy z metra i wtedy ich zobaczyliśmy – wspomina Ignat. – Czekali na nas. Ich wodzowie popełni poważny błąd: ciągle twierdzili, że Antifa to geje, narkomani i w ogóle podludzie. I oni naprawdę pielęgnowali ten pogląd. Ale gdy tylko napotkali godnych siebie przeciwników…Trzeba było widzieć ich twarze. Dorośliśmy, potrenowaliśmy i po prostu ich zniszczyliśmy. Nie znaleźli nawet w sobie siły, żeby paść i zwyczajnie uciekli. Uciekli ich liderzy i to było żałosne.
Kolejną masową bójkę nazywa się najagresywniejszą i najbardziej epicką w historii białoruskich hoolsów. W mediach opisywali ją tak: „Młodzi ludzie wcześniej ustalili warunki starcia: po dwudziestu ludzi z każdej strony. Ale zebrało się znacznie więcej kibiców. Trzema autobusami przyjechało do Mińska około 50 kibiców brzeskiego Dynamo. Na miejsce stawiła się tez podobna liczba mińskiego klubu”.
A tak opisują starcie jego uczestnicy:
– Nie było niczego brutalniejszego. Osobiście odciągałem ludzi, bo tam już były półtrupy. Poziom przemocy wzrósł do tego stopnia…Do tego w ogóle nie powinno dojść. Były tam ustalone konkretne warunki i wszystko zaczęło się zupełnie przypadkowo . Przyszli nas zniszczyć, zebrała się cała śmietanka. I jeśli przy „Mogilewskiej” po prostu dostali wpierdol, to koło Domu Miłosierdzia była masakra. Według oficjalnych danych 20 osób trafiło do szpitala. Rany były poważne: niektórzy przestali po tym chodzić na mecze. Naprawdę ciesze się, że nikt nie zginął. Dla nazioli była to klęska i upadek całego ich ruchu. Potem jeszcze się miotali i nadymali. Mówili, że przyszliśmy z bronią palną. Ale po tygodniu pojawiło się video i wyszła ich kompromitacja. Bez przytomności leżało na ziemi piętnaście osób, pozostali uciekli. Było dużo milicji, wielu zawinęli. Ale więcej niż trzy doby nikt nie siedział.
W 2010 roku klub MTZ-RIPO został Partizanem i w tym samym roku spadł do pierwszej ligi. Po roku wrócił do ekstraklasy, ale główny sponsor odmówił dalszego finansowania klubu. W tym samym roku klub odrodził się dzięki kibicom i rozpoczął grę w drugiej lidze. We wrześniu 2014 roku klub zrezygnował z rozgrywek i został rozwiązany w związku z brakiem pieniędzy.
Chodziliśmy na trybunę od 2003 do 2014 r., zostawialiśmy tam pieniądze i zdrowie. Tak, byliśmy młodzi – chcieliśmy się bić, ale chcieliśmy też chodzić na mecze – mówi Ignat. Wszystko to było dla nas braterstwem i przyjaźnią – taki romantyzm. To były wspaniałe czasy!
W nowym dziesięcioleciu pojawiły się nowe problemy, nowe konflikty i nowe wyzwania. Ale to już zupełnie inna historia.
Źródło: https://people.onliner.by/2018/10/17/millenium-7

tłumaczył: F

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here