Poniższy fragment został przetłumaczony z doskonałej książki Bernarda Goldsteina „Pięć lat w warszawskim getcie” (tytuł oryginału” Five years in the Warsaw Ghetto”). Goldstein był prominentnym członkiem Bundu, żydowskiej organizacji socjalistycznej działającej w Polsce. Był jednym organizatorów powstania w Getcie, brał też udział w Powstaniu Warszawskim. Był jednym z niewielu, którym udało się przeżyć. Po wojnie wyjechał ze złamanym sercem ze swojej ojczyzny z powodu rosnącego antysemityzmu i zaciskającej się sieci represji aparatu komunistycznego, który tępił wszystkich swoich wrogów. Zmarł w USA w 1959 roku.

(…) Bez wytchnienia Niemcy ciągle bombardowali propagandą, aby podjudzać nienawiść wobec Żydów. Otrzymali w tym pomoc z całego serca od tych grup Polaków, dla których antysemityzm zawsze był politycznym towarem do handlu. Żydzi przedstawiani byli jako brudni, zawszeni, zarażeni, zaświerzbieni, jako nosiciele chorób i epidemii. Propagandyści ciągle domagali się, aby byli oni izolowani, ponieważ stwarzali niebezpieczeństwo dla zdrowia całej polskiej populacji. Oczywiście Żydzi w Polsce zostali tez oskarżeni o bycie sojusznikami międzynarodowej żydowskiej plutokracji, która doprowadziła do wojny i całego związanego z nią zamieszania. Niemcy zmusili Żydów do noszenia identyfikujących ich opasek aby umożliwić Polakom skoncentrowanie swojej nienawiści.
Ta propaganda zaczęła przynosić skutki i incydenty zaczęły się mnożyć.

Wczesnym kwietniem 1940 roku, zaraz przed Wielkanocą polski chuligan zaatakował starego, religijnego Żyda na ulicy Pragi i zaczął szarpać go za brodę i baki. Towarzysz Friedman, dobrze zbudowany pracownik rzeźni akurat przechodził obok. Stanął w obronie bezsilnego starca i sprawił Polakowi porządne lanie.
Szybko zebrał się tłum i wybuchła bójka pomiędzy Żydami i Polakami. Niemiecka policja aresztowała Friedmana i zastrzeliła go następnego dnia. Żydzi na Pradze czekali w przerażeniu na konsekwencje odwagi Friedmana.

Pogrom, który nastąpił potem był najwyraźniej jednak planowany już wcześniej. Grupy chuliganów, głównie młodzieży, zaatakowały żydowskie dzielnice Warszawy. Szarżowali przez ulice krzycząc „bić Żydów, śmierć Żydom”. Włamywali się do żydowskich domów i sklepów, niszczyli meble, kradli kosztowności i bili mieszkańców. W dzielnicy obok Polskiej Szkoły Rzemiosła przy Lesznej 72 starsi uczniowie przyłączyli się do pogromu kiedy tylko skończyły się
W całym mieście Żydzi barykadowali drzwi i chowali się w piwnicach i na strychach. Panika rozszerzyła się na całą żydowska społeczność.
Niemcy nie interweniowali. Ani nie pomagali ani nie przeszkadzali motłochowi. Widzieliśmy wielu uśmiechniętych niemieckich kamerzystów nagrywających sceny z satysfakcją. Dowiedzieliśmy się później, że zdjęcia pojawiły się w niemieckich magazynach. Pokazywano je też w kinach jako dowody na to, że Polacy wygrywali swoją wolność od żydowskiej dominacji.

Zostaliśmy natychmiastowo zasypani prośbami od towarzyszy aby coś zrobić. Awaryjne spotkanie kolektywu Bundu odbyło się u mnie w domu na Nowolipnej 12, gdzie dyskutowaliśmy możliwość aktywnego oporu. Wisiała nad nami groźba niemieckiej doktryny odpowiedzialności zbiorowej. Cokolwiek nie zrobimy, aby przeszkodzić pogromowcom, mogło przynieść okropną niemiecką zemstę na wszystkich Żydów miasta. Pomimo tego niebezpieczeństwa doszliśmy do wniosku, że nie mamy wyboru – musimy oddać cios.

Zdecydowaliśmy się walczyć „zimna bronią”- metalowymi rurkami i kastetami, ale bez noży lub broni palnej. Chcieliśmy ograniczyć niebezpieczeństwo przypadkowego zabicia któregoś z pogromowców. Chcieliśmy w ten sposób nauczyć chuliganów lekcję i zminimalizować możliwość tego, żeby Niemcy ukarali w jakiś okropny sposób całą żydowską społeczność.

Zmobilizowaliśmy każdy walczący kontyngent pracowników rzeźni, transportu, członków partii. Zorganizowaliśmy ich w trzy grupy – jedna przy Rynku Mirowskim, jedna w okolicach Franciszkańskiej-Nalewki-Zamenhofa i trzecia w okolicach Leszno-Karmelicka-Smocza.

Kiedy pogromowcy pojawili się w tych sekcjach kolejnego poranka byli zaskoczeni obecnością naszych towarzyszy. Krwawa bitwa rozpoczęła się praktycznie od razu. Karetki wyjechały, aby odwozić rannych pogromowców. Nasi ranni byli ukrywani i opiekowano się nimi w prywatnych domach, aby uniknąć ich aresztowania przez polską lub niemiecką policję. Walka trwała kilka godzin przeciwko wielu falom chuliganów i toczyła się w większej części żydowskiej dzielnicy.

Bitwa przenosiła się w różne części miasta. Nasze zorganizowane grupy zostały spontanicznie zasilone przez innych robotników. Na Woli nasi towarzysze otrzymali pomoc od nieżydowskich socjalistycznych robotników, których poprosiliśmy o pomoc. Wielu chrześcijan próbowało przekonać pogromowców, aby przestali. Wielu Żydów, bojących się niebezpieczeństwa”odpowiedzialności zbiorowej” starało się powstrzymywać nas przed oddawaniem.
Walka trwała prawie do godziny policyjnej o ósmej. Kolejnego ranka została wznowiona. Około 13 polska policja w końcu interweniowała i rozproszyła walczących.

Oczekiwana zemsta przeciwko całej społeczności nie nastąpiła. Żydzi Warszawy odetchnęli. Ta dramatyczna demonstracja tego, że Żydzi nie muszą zaakceptować bezsilnie każdego ciosu dodała im ponownie odwagi. Ze wszystkich stron Bund otrzymał podziękowania. Wielu byłych członków i przyjaciół naszej przedwojennej organizacji prosiło o przyjęcie ich do podziemia.