Polska

Warszawa 28.11.2020 okiem anonimowego demonstranta

Demonstracja startuje ok. godziny 15:00 z Ronda (tfu) Dmowskiego symbolicznie przemianowanego na Rondo Praw Kobiet. Do Warszawy przyjeżdżam niestety nieco spóźniony. Kierując się w stronę owego ronda, już w okolicy Dworca Centralnego mijam oddziały prewencji – to znak, że skoro są już tutaj, to na miejscu będzie ich jeszcze więcej. W międzyczasie staram się doinformować różnymi kanałami czy demonstracja jest jeszcze na rondzie, czy już się gdzieś przemieszcza. Dowiaduje się, że ludzie przemieszczają się ulicą Marszałkowską w kierunku Placu Konstytucji.

Na rondzie widzę błysk lamp zaparkowanych policyjnych pojazdów, którymi przerzucają siły. Dochodzę do przejścia podziemnego i dla pewności pytam okolicznych gapiów, którędy poszła demonstracja. Przy okazji dostaję informację, że policja stoi tam, którędy właśnie szedłem – miły, niewymuszony, antypolicyjny akt solidarności. W tym samym czasie z przejścia podziemnego wychodzi grupa prawdopodobnie przyjezdnych policjantów, którzy zgubili się w przejściu podziemnym i wyszli po przeciwnej stronie do Marszałkowskiej, po czym zeszli z powrotem szukać właściwego wyjścia. Idę za nimi, bo w zmierzam tym samym kierunku.

Na Marszałkowskiej widzę już napisy na chodnikach – „J***ć PiS” oraz pioruny. Wokół mnie co raz więcej ludzi, którzy idą chodnikami w kierunku demonstracji, a środkiem jezdni idzie brygada kilkudziesięciu prewencyjnych. Łapię tył demonstracji na wysokości Placu Konstytucji i próbuję przebić się na front, nieustannie słuchając policyjnego nawoływania o zejście z jezdni, bo tutaj już wszyscy zajęli każdą możliwą przestrzeń.

Następnie bardzo rozciągnięty marsz przesuwa się w kierunku ulicy Ludwika Waryńskiego, mijając kolejne grupy tarczowników, próbujących spowolnić cały pochód. Ze szczekaczek koordynatorów manifestacji padają komunikaty, by szybciej przechodzić za szpalery pałkarzy, by nie dać się jako część tłumu „pokroić” i odciąć. Presja policji i próba rozbicia manifestacji jest widoczna od samego początku.

Manifestujący wchodzą w ulicę Ludwika Waryńskiego i zatrzymują się na skrzyżowaniu z ulicą Nowowiejską. Podchodzę na samo czoło, by się zorientować, co się dzieje i dostrzegam potężny szpaler policji, który jak się okazuje, odciął część ludzi z czoła marszu. Część osób wchodzi schodami gdzieś między bloki i stamtąd obserwuje – nie mam pojęcia czy tam było jakieś przejście.

W tym samym czasie z tyłu, z Placu Konstytucji, kolejny szpaler policji zaczął domykać kordon. Ludzie zaczynają napierać na szpaler z przodu, napięcie rośnie, bo nie ma jak się wydostać, a taktyka przedarcia się siłą raczej nie wchodzi w grę, bo w manifestacji idą ludzie bardzo różni i często nieobeznani w takich sytuacjach i tym jakie są ostateczne możliwości, pomijając opuszczenie manifestacji i danie się spisać czy ewentualnie wywieźć na dołek. Poza tym to manifestacja pokojowa i bezprzemocowa, a przynajmniej ze strony demonstrujących. Cóż, szykując się na możliwą konfrontację, na wszelki wypadek wyjmuję z plecaka gogle i zawieszam na szyi. Upewniam się, że wszystko pozapinałem i niczego nie pogubię. Do skarpety w bucie chowam kartkę z zapisanym na niej ołówkiem numerem antyrepresyjnym, na szybko znalezionym w Internecie, a którego wcześniej nie zapisałem na ręku markerem czy długopisem. Jak się tego nie zrobiło. to trzeba kombinować, bo wszelkie błędy niczego nie wybaczają w razie ewentualnego pojmania i zarekwirowania lub pogubienia wszystkiego w zawierusze.

Po chwili ktoś krzyczy, że jest przejście w bramie między kamienicami. Część ludzi już tam zmierza, dołączam i ja. Idziemy podwórkiem, ale z drugiej strony napotykamy zamkniętą bramę. Przez chwilę wszyscy stoją w miejscu, inni cofają się zobaczyć co się dzieje tam, gdzie przed chwilą byliśmy. Nagle lecą entuzjastyczne okrzyki – ktoś otworzył bramę.

Wysypujemy się z powrotem na Marszałkowską i wchodzimy na Plac Zbawiciela, gdzie stoi kilka zaparkowanych „suk”, którymi przerzucono pałkarzy, którzy odcięli front na Nowowiejskiej. Pojazdy są tylko z kierowcami w środku, bo oczywiście zajrzałem czy przypadkiem nie są wypchane prewencyjnymi, o czym powinni wiedzieć wszyscy gromadzący się wkoło ludzie.

Protestujący zajmują Plac Zbawiciela i jest chwila na pozbieranie się do kupy przy rytmach warszawskiej Samby, a w środku tłumu odcięte radiowozy zapewniają dyskotekową oprawę wizualną. Z Nowowiejskiej dołącza grupa ludzi. Nie mam pojęcia czy to „odcięte” czoło marszu czy jednak udało się rozmontować szpaler na froncie, czy też policja ustąpiła. W każdym razie manifestacja rusza dalej ulicą Marszałkowską w kierunku Placu Unii Lubelskiej.

Po kilkuset metrach na wysokości pomostu nad Aleją Armii Ludowej dostrzegam wybiegających zza rogu kulsonów i krzyczę, że będą nas blokować z przodu. W tym samym czasie grupa ludzi reaguje równie błyskawicznie, zbiera się w kupę i fizycznie blokuje policjantów, zanim ci zdołają domknąć kordon do budynku po przeciwnej stronie. Podbiegam bliżej grupy, która zareagowała, jest przepychanka, pomagam napierać i przy okazji krzyczę do reszty nadchodzących ludzi, by szybko przechodzili dalej, na drugą stronę pomostu.

Ludzie, którzy blokują pałkarzy, łapią się pod ręce, kto może i ma, to zakłada gogle na czoło. Policja nie daje rady i zalega, kontrolujemy sytuację, a manifestacja przechodzi dalej. Sytuacji przygląda się bodajże posłanka Joanna Scheuring-Wielgus, która później zostaje z odciętą niewielką grupką ludzi i pojazdem z nagłośnieniem.

Idziemy dalej Marszałkowską, a obok nas znów przebiega oddział prewencji, który nas przed chwilą blokował. Znów chcą odciąć dojście na Plac Unii Lubelskiej. Zaczynamy biec, by być przed nimi, ale z przodu jakiś inny oddział zaczyna blokować ulicę. Uciekamy szybko w niedużą uliczkę Emila Zoli.

Część policjantów biegnących za nami próbuje blokować, stajemy na drodze i wołamy ludzi, by przechodzili, ale część osób chyba zdołała przejść dalej Marszałkowską na Plac Unii Lubelskiej i tam też kierowała się większa liczba pałkarzy, która za nami biegła (nie jestem pewien). W małym tłumie na Emila Zoli błąka się trzech dowodzących pałkarzami, chyba korzystając z tego, że to protesty pokojowe, bo w warunkach poważnych zrywów cali by z tej uliczki nie wyszli.

Słyszę ich radiowy komunikat, że na Polną wchodzić nie ma sensu. Ludzie zaczynają się rozchodzić w dwóch kierunkach. Na Polnej jednak zaraz przed Placem Unii doskakuje mały oddział prewencji (część z Marszałkowskiej) i odcina kilka osób idących w stronę placu, otaczając je. Stoimy chwilę, skandujemy „puśćcie ich”, z okien okolicznych budynków lecą okrzyki „Policyjne ky, wyp**lać”.

Po chwili przychodzi z odsieczą grupa ludzi z czarną flagą, która chwilę wcześniej poszła w drugą stronę, w kierunku Waryńskiego. Liczebnie mocniejsi ponownie skandujemy „puśćcie ich” i „zdejmij mundur, przeproś matkę”. Policjanci wypuszczają zakładników, a sami wyglądają, jakby zostali trochę pozostawieni sami sobie, bo część manifestacji znajduje się już prawdopodobnie gdzieś w okolicy skrzyżowania Waryńskiego i Tadeusza Boya-Żeleńskiego zaraz przy Wydziale Inżynierii Chemicznej i Procesowej Politechniki Warszawskiej. Ludzie odbici, można działać dalej.

Znów jest chwila, na ogarnięcie co się dzieje. Wchodzę w uliczkę pomiędzy Polną, a Waryńskiego i sprawdzam telefon. Jest info, że ludzie zbierają się na wspomnianym skrzyżowaniu przy politechnice. Część ludzi przecina uliczkami z Polnej, inni idą już wzdłuż Waryńskiego. Szczerze, nie mam bladego pojęcia, na jakich etapach i jak bardzo rozbił się marsz, ale wydaje się, że jest nas trochę mniej. Ci, co się nie pogubili i nie zrezygnowali, spotykają się znów pod politechniką. Jest nas jeszcze całkiem sporo, ale po chwili po obu stronach ulicy rozciągają się podwójne szpalery pałkarzy, jakby wszyscy, z którymi się wcześniej ganialiśmy, skumulowali się właśnie tutaj, by zająć się spisywaniem i ewentualnym aresztowaniem najbardziej wytrwałych demonstrantów.

Biegnę do wozu z nagłośnieniem, by poinformować, że zauważyłem nadchodzących pałkarzy na tyłach. Gdy kordon się zacieśnia, ludzie zaczynają podejmować decyzję o ewakuacji. Pomagam dwóm kobietom przeskoczyć przez barierkę na środku ulicy. Część ludzi prawdopodobnie zawija z powrotem w kierunku Polnej, inna grupa ludzi, w której się znajduję, przedziurawia ogrodzenie z siatki i przedostaje się na nieduży parking przed politechniką, omijając tym samym szpaler, który stoi jeszcze na ulicy. W efekcie udaje się nam wydostać z kordonu. Inna grupa chyba przekonuje dozorcę politechniki, aby otworzył jedną z bram i umożliwił schowanie się na terenie przed policją – niestety policja chyba odcina tam drogę i część ludzi jest spisywana.

Stoję z grupą ludzi po drugiej stronie politechniki (od strony północnej), już poza kordonem. Po chwili policja orientuje się, że sporo ludzi wymyka się przez ogrodzenie parkingu, po czym policja wkracza tam, odcinając im drogę ucieczki. Jeszcze spora grupa ludzi znajduje się na ulicy i parkingu, stojąc zaraz przy płocie na terenie politechniki.

Kulsony jak to kulsony, nie znają kompletnie prawa na straży, którego rzekomo stoją i postanawiają wbiec na teren uczelni wyższej, by uniemożliwić ludziom ucieczkę przez dwu i pół metrowy płot. Przebiegają na teren przez drugą bramę, obok której stoimy i patrzymy na rozwój wydarzeń.

Ktoś wpada na pomysł, żeby policjantów na terenie zamknąć, skoro już tam weszli. Ktoś zaciąga bramę, z drugiej strony ktoś inny próbuje zatrzasnąć furtkę i wyrywa jakiś przewód czy to od dzwonka, czy elektromagnesu. O ile brama się zatrzasnęła, o tyle furtki niestety nie udaje się zablokować pomimo podjętych jeszcze prób z „trytytkami”, które były za słabe.

Po chwili policja się wycofuje, przez minutę zastanawiając się jak wyjść i pytając innego dozorcę, by otworzył bramę, którą przed chwilą weszli, a została zatrzaśnięta. W końcu wychodzą furtką, a część zbiegłych z kordonu demonstrantów udaje szczekanie psa i wykrzykuje do nich niemal w twarz „władza minie, wstyd zostanie”. Prawdopodobnie dozorcy uczelni i ludzie w kordonie zdołali wyperswadować pałkarzom, że łamią prawo, wchodząc na teren uczelni, po czym tępy dowódca postanowił wycofać oddział.

Niedługo później ludzie zaczynają przeskakiwać przez płot na teren politechniki – znaczy sytuacja patowa. Koło nas znalazła się osoba z megafonem, która krzyczy, że z naszej strony jest wyjście, ale ludzie prawdopodobnie nie słyszą. Wraz z jakimś przypadkowym towarzyszem demonstracji biegniemy na teren politechniki poinformować ludzi o drodze ucieczki. Na miejscu pomagam jeszcze zejść ludziom z ogrodzenia i przekazuję komu mogę, by podawał dalej, że na końcu jest otwarta furtka i bezpieczna droga ucieczki.

Przez dwu i pół metrowe ogrodzenie przeskakują dziewczyny po 160 cm wzrostu co najmniej jakby miały 180 i służyły w jakichś komandosach, jaki to jest piękny widok w całej tej sytuacji. (Takiej sprawności pozazdrościłby niejeden skrajnie prawicowy przygłup, który chowa się za policją, albo rzyga jakimiś bzdurami zza klawiatury). Jak dowiaduję się później, zatrzymane jest zaledwie 10-15 osób, z czego wszystkie pozostają wypuszczone po akcjach solidarnościowych, poza dwiema, którym nie dało się pomóc przez odmowę wylegitymowania się i brak możliwości zidentyfikowania ich przez policję.

Komentarze

Strona ma charakter tylko i wyłącznie informacyjny. Nie namawiamy nikogo do łamania prawa.

Exit mobile version