Bratysławska oi-punkowa kapela RozpoR jako pierwsza ze Słowacji zagrała za darmo dla uchodźców w Wiedniu. Rozmawiamy z Datrem, gitarzystą RozpoRa.

Dlaczego zdecydowaliście się na taką charytatywną aktywność?
Chcieliśmy ubarwić nudny czas oczekiwania uchodźcom, a przy tym zademonstrować swoją postawę przeciwko nacjonalistycznym tendencjom, których jesteśmy świadkami.

Jak przebiegło to organizacyjnie?
Poczałkowo chcieliśmy pojechać zagrać do Traiskirchen. Wzięliśmy elektrocentralę, ponieważ podejrzewaliśmy, że nie będą nas chcieli wpuścić do środka i będziemy musieli zrobić to na zewnątrz. Ale nawet tam policja nie pozwoliła nam grać. Pomogła nam jednak koleżanka Katka, która długo mieszkała w Niemczech z punkową ekipą. Zadzwoniła do Hoschiego z Wiednia (kiedyś grał w węgierskiej kapeli Barackca) i zapytała czy zna jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy zagrać dla uchodźców. Hoschi powiedział, że na wiedeńskim dworcu głównym, przy tylnym wejściu, jest mniejszy „refugee camp“ dla około tysiąca ludzi. I od razu zorganizował nam tam miejsce do zagrania. Za pół godziny już wypakowywaliśmy sprzęt.

Jak reagowali uchodźcy?
W mgnieniu oka otoczyła nas publika z Syrii, Iranu i Afganistanu. A gdy zaczęliśmy grać, rozkręciła się zabawa jak na weselu perskiego księcia. Kobiety w średnim wieku, brzuchaci panowie, młodzież w ortalionach, psocące dzieci, ale tez arabscy rockerzy tańczyli, bawili się, krzyczeli i filmowali nas, starych słowackich punków. By nas lepiej widzieć, wielu weszło na pobliską budkę, gdzie się potem stopniowo wymieniali, aby każdy mógł popatrzeć z góry. Skandowaniem na koniec wyprosili jeszcze dwa bisy, po których nastąpiło niekończące się fotografowanie, ponieważ fotkę z pierwszą punkową słowacką kapelą grającą w obozie dla uchodźców chciał mieć chyba każdy. A my znów czuliśmy, że w Wiedniu nawet kobra nauczyłaby się na dźwięk punka wyłazić z koszyka.

Źródło: bratysławska gazeta „Vecernik”