Czwarta odsłona festiwalu „Siempre Antifascista”

Berlin jakim jest każdy widzi albo widział. Jeśli nie widział to polecam, bo jest co zobaczyć, osobiście byłem tam po raz pierwszy – choć z pewnością nie ostatni – więc pozwiedzałem trochę.
Na uwagę z pewnością zasługuje wiele różnych miejsc, ale przecież nie po to się tam udałem.
Jest godzina koło 21, docieramy na Kreuzberg (dzielnica Berlina), festiwal ma odbyć się w klubie, więc chwilowo spijamy „Astrę” w wydaniu zimowym (Astra to browar który jest sponsorem st. Pauli). Następnie z czwórką znajomych udajemy się pod klub „SO36”, po drodze już parę znajomych twarzy, pod klubem natomiast sznur ludzi, na szczęście dzięki znajomościom udaje nam się dostać do środka trochę poza kolejką. Całe szczęście, bo noc chłodna, a stania było co najmniej na pół godziny. Przy wjeździe otrzymujemy po badziolu i już można się przywitać z resztą znajomych i dalej zagłębić w klub.
Dość wąski korytarz nie zachęca, ale dalej sala duża, przy barze wężyk więc się nie ma co pchać. Dalej distra, gdzie dostać można było benefitowe płyty na rosyjskich antyfaszystów, dużo różnego rodzaju ubrań, winyli, płyt, badzioli, czego tylko dusza antyfaszysty zapragnie.
My natomiast szybko przemieszczamy się w stronę sceny, bo wiemy co będzie się tam za chwilę działo, kiedy wszyscy ci ludzie – na oko sala już jest pełna – ruszą pod scenę.

Tymczasem ze sceny są odczytywane ostatnie incydenty z udziałem skrajnej prawicy w Berlinie i okolicach, niestety na lekcjach niemieckiego wolałem robić coś diametralnie innego, dlatego wyłapuję tylko część słów a reszty się domyślam w oczekiwaniu na zespoły.

Swoje granie rozpoczęli właśnie chłopaki z Riot Brigade. Granie bardzo dobre, nie ma się do czego przyczepić, prócz tego, że grają dość melodyjnego punk rocka, nie każdemu się to podoba, mi z pewnością nie, zabawa pod sceną jednak trwa w najlepsze. Występ kończy się zaintonowanymi pod sceną hasłami antyfaszystowskimi. W oczekiwaniu na kolejne bandy rozglądamy się trochę (zdjęcia banerów).
Następnie gra Feine Sahne Fishfilet, od razu zyskują gorące przyjęcie, osobiście nie wiem czego się spodziewać, dostrzegam jednak jednoosobową sekcję dętą i już wiem że będą ska przebitki. Nie mylę się, energia wypełnia salę, wielu ludzi się bawi, a z nimi wokalista którego wszyscy chętnie pozdrawiają, zaczyna się stage diving, pogo sięga dużej części sali, zabawa przednia, muzyka wyśmienita. Raz po raz publiczność intonuje pomiędzy kawałkami antykapitalistyczne, antyfaszystowskie i antypaństwowe przyśpiewki, którym bardzo chętny jest też zespół.
Publiczność długo nie daje FSF zejść ze sceny, my natomiast już zacieramy ręce, bo przed nami gwóźdź wieczoru czyli „What We Feel” z Moskwy.
Po dłuższym oczekiwaniu na dostrojenie się ekipy, zaczyna się koncert, od razu mocne wejście, zabawa w najlepsze. Niektórym znany był fakt – doczytali w sieci gdzie o tym było napisane – mi nie był, że wraz z WWF wystąpią członkowie zespołu Distemper i ku mej wielkiej uciesze wokalista nie istniejącego już (niestety) zespołu My Terror oraz chłopaki z Hausvabot.
Sama ekipa WWF daje niesamowite koncerty (można było się w przeszłości o tym przekonać choćby na jednej z edycji GNWP fest w Warszawie), a z takim wsparciem, jakie dali im wokalnie ich przyjaciele, jakie dała im publika, występ ten zostanie z pewnością zapamiętany w Berlinie na długo.
Chłopaki przede wszystkim dedykowali swój występ Ivanowi Chutorski’emu (patrz: apel poległych) tego dnia mijało 3 lata od kiedy został zamordowany przez neonazistów, wspominali go, a publiczność intonowała antyfaszystowskie hasła.
Emocji i siły jakiej dostarczył ten koncert wszystkim nie da się niestety (albo stety) opisać, jednak był to wyjątkowy fest. Wieczór natomiast zakończył się na piwku w jednym z pobliskich barów przy dźwiękach skinhead reggae.